14-15
kwietnia Warszawa – Madryt - Toledo
Długo
oczekiwany wyjazd doszedł do skutku, pomimo licznych perypetii, które o mało co
wykluczyłyby camino. Samochód zostawiłem w połowie drogi do Warszawy, skąd
kursowały busy. Była niestety sobota i liczba busów była ograniczona, dlatego
długo wystałem się na przystanku niepokojąc pod presją czasu. Na Dworcu
Zachodnim zastałem bardzo długą kolejkę, a pociągi do Modlina kursowały co
godzinę. W kolejce stał żołnierz z ogromnym plecakiem, trzy razy większym od
niego. Wyposażenie legionisty rzymskiego w porównaniu z nim to błahostka, a
przecież podbili pół ówczesnego świata. Ciągle zerkałem na zegar i zauważył to młody
Ukrainiec, który przepuścił mnie. Na peron wpadłem razem z pociągiem.
 |
Katedra w Toledo |
Przed
dworcem PKP w Modlinie zgromadził się tłum ludzi, a podjechał jeden autobus i
ścisk był niesamowity. Przy odprawie potężny facet nakazał opróżnienie kieszeni
plecaka i zaczął się mądrzyć, bo pasty i płyny nie były w jednym woreczku. O
dziwo w Ryanair znalazłem się tuż po 20-tej bez żadnego opóźnienia. O północy wylądowałem
w Madrycie i udałem się do terminalu, aby przeczekać noc. Usadowiłem się obok
dwóch Arabek z ogromnymi walizkami, zza których zupełnie nie było ich widać. Z błogiego wypoczynku wyrwał mnie nagły
rwetes, a były to hordy pasażerów przybyłe na pierwszy odloty samolotów. Metro
z lotniska zaczęło kursować od 5-tej nad ranem, ale ze względu na przesuniecie
równoleżnikowe Madrytu był środek nocy. Zaskoczyła mnie cena biletu, bo
zapłaciłem aż 7,50€.
 |
Alkazar w Toledo |
Co ciekawe życie nocne kwitło i spotkałem wielu
przechodniów. Otwarty był nawet jeden z Kościołów, po którym nieśpiesznie
spacerował pewien zakonnik. W niektórych częściach ulic nie do zniesienia był
odór moczu, zjawisko typowe dla europejskich metropolii. Z podobnym zjawiskiem
spotkałem się na starówce w Vitorii. Powoli niektóre europejskie miasta
zamieniają się w kloakę, historia cofa je kilkaset lat wstecz. Paszport
pielgrzyma mogłem uzyskać dopiero od godziny 11-tej i powoli szedłem w kierunku
Kościoła Santiago i pałacu królewskiego. Drugi raz wsiadłem do metra i bilet
kosztował również sporo, bo 4,50€.
 |
Typowa ulica Toledo |
Ulice były tu puste, poza jednym strudzonym
mieszkańcem śpiącym pod arkadami. Była niedziela i chciałem uczestniczyć we
mszy świętej, a pomógł mi w tym starszy Hiszpan, który zaprowadził mnie do
świątyni na rozpoczynającą się mszę. Po nabożeństwie udałem się do Kościoła, w
którym wydawany jest credencial i teraz mogłem szukać busa do Toledo. Niestety,
ale skierowano mnie na niewłaściwy dworzec autobusowy, do którego dotarłem
pieszo, ale okazało się, że muszę udać się do innej części miasta, Znów udałem
się do metra i tu była miła niespodzianka, bo pani z obsługi wykorzystała mój
stary bilet i na miejsce dotarłem za 1,80€. Na dworcu była samoobsługa, ale
automat nie chciał przyjąć mi banknotu.
 |
Uliczni artyści w Toledo |
Pewna młoda Cyganka chciała mi nawet
pomóc. Na szczęście wyręczył ją Hiszpan i za 7€ znalazłem się w słynnym Toledo.
Od 14-tej Oficyna de Turismo była już zamknięta, a bez mapy poruszanie się po
wąskich uliczkach było zwykłym błądzeniem. Tłumy turystów przewalały się z kąta
w kąt budząc przerażenie mieszkańców, którzy mieli problem samochodami dotrzeć
do swoich posesji. Chlubą tego miasta będącego kwintesencją Hiszpanii i jej
stolicą duchową jest wspaniała gotycka katedra.
Na jej schodach młodzi ludzie miło spędzali czas. Alkazar robi wrażenie z
daleka, bo z bliska to tylko zwykły pałac. Był on symbolem zwycięskiego oporu
przeciwko komunizmowi, który przepoczwarzony opanował dzisiaj cały kraj.
 |
Mury obronne Toledo |
Oprócz
hiszpańskiego słychać było rozmowy po niemiecku i angielsku, a i turystów o
skośnych oczach, również wielu się przewijało. Niesamowite wrażenie zrobiło
zejście nad brzeg Tagu. Zniknął tu cały zgiełk, a pojawiła się dzika przyroda.
Na drugim brzegu na skałach zagnieździło się wielkie stado ptaków, zupełnie jak
na wyspie pośrodku oceanu. Wzdłuż ścieżki dzika roślinność, a przechodniów jak
na lekarstwo. Do miasta powróciłem przy zabytkowym moście Św. Marcina. Tutaj
zarówno dzieci, młodzież jak i dorośli zjeżdżali na linie na przeciwległy
brzeg. Była to duża atrakcja wymagająca pewnej odwagi pomimo zabezpieczeń.
 |
Dzika przyroda nad brzegiem Tagu w Toledo |
Nocleg znalazłem w hostalu przy Cuesta de
los Pascuales 8 za 14,5€. Cena bardzo przyzwoita, bo w tańszym hostalu na
terenie Hiszpanii nie nocowałem. Prowadzi ją sympatyczny niewielki człowiek bez
trzech palców u ręki. Uliczka prawie bezludna, a do centrum 5min. marszu. Drzwi
do jednego Z Kościołów były otwarte i w bocznej kaplicy kilka kobiet adorowało
Najświętszy Sakrament, w tym wysoka Murzynka. Po uciążliwym fizycznie dniu
zasnąłem bez problemu.
16 kwietnia Toledo - Noves
W
nocy obudziłem się, gdy do pokoju wrócił chłopak z Asturii o imieniu Jeronimo,
bo ktoś o tak groźnym imieniu musi budzić respekt. Nie zareagowałem natomiast
na powrót wysokiego i chudego Juana z Saragossy. Wybudziłem się o 5-tej nad
ranem, ale po pół godzinie smacznie zasnąłem. Trwało to do 8.20, ale nie miałem
ochoty wstawać, dopiero, gdy wstał chudy Aragończyk, to i ja wrzuciłem na
siebie ubranie.. Jeronimo się naszymi czynnościami zupełnie nie przejmował i
spał w najlepsze.
 |
Camino |
Zauważyłem brak medalika, którego nie było również w łazience.
Zaniepokojony zszedłem na śniadanie wliczone w cenę noclegu, a tu dobry
człowiek bez palców trzymał medalik w ręku. Śniadanie było skromne, ale wlało
we mnie wiele optymizmu na cały dzień. Po wyjściu z noclegu było rzeczą
oczywistą, że musiałem pobłądzić w plątaninie niezliczonych wąskich uliczek
Toledo. Jedna Pani chciała mi pomóc, ale nie miała zielonego pojęcia w posługiwaniu
się mapą, na której było bardzo trudno odszukać niewielkie uliczki. Na
szczęście zauważyłem ruchome schody składające się z pięciu kondygnacji i
zjechałem nimi do dolnej części miasta. Tutaj po konsultacji ze starszym Panem
w kapeluszu okazało się, że obrałem właściwy azymut marszu.
 |
Królicze nory na skarpach dróg |
Mogłem tutaj
podziwiać ocalały fragment wspaniałych murów Toledo. Po oddaleniu się od
starówki w gąszczu bujnej roślinności odsłaniały się resztki budowli
wzniesionych za panowania Rzymian. Nigdzie nie było żadnego znaku camino, a na
dodatek nie miałem żadnych zapasów wody i owoców. Na szczęście spotkałem jedną
Panią, która wskazała mi drogę do supermercado. Niebawem pokazały się znaki Camino de Santiago. Przez 30km musiałem
iść wzdłuż tras szybkiego ruchu, a widoki byłyby ładne, gdyby nie sznury
samochodów i plątanina różnych lokalnych dróg asfaltowych na horyzoncie. Do Huecas
pierwszej miejscowości na trasie dotarłem po 6 godzinach nieustannego marszu.
Wokół miejscowego Kościoła prowadzone były prace remontowe. Za Kościołem była
kapliczka Najświętszej Marii Panny ładnie przybrana i paliły się na niej świece.
Zaskoczył mnie ten widok, bo od 2013r. nie spotkałem nic podobnego.
 |
Zadbana kapliczka NMP w Huecas |
Wtedy to na
terenie Andaluzji obserwowałem podobne zjawiska, natomiast wszędzie na północ
od Madrytu poza nielicznymi wyjątkami, wiara była martwa. Do kapliczki dotarłem
idealnie na godzinę 15.00 i mogłem odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Na
obrzeżu Huecas znajdowało się źródło nieustannie czynne od czasów cesarza Wespazjana.
Ostatnie dwie godziny marszu prowadziły drogą gruntową wśród starych drzew
oliwnych, aż do samego Noves. Co dziwnego ogromny Kościół był otwarty i co
godzinę biły jego dzwony. Koło Kościoła była grupa kobiet i dziewcząt, i jedna
z nich zaprowadziła mnie do opiekuna alberghe.
 |
Stare oliwne drzewa |
Zapłaciłem 5€, a na dodatek moi
poprzednicy zostawili wiele trwałej żywności, tak że nie musiałem iść do baru i
upichciłem smaczną kolację. Schronisko to jest obszerne, ale wymaga remontu, bo
się sypie. O 19.00 była msza święta, którą odprawiał ksiądz w średnim wieku,
który nawet wygłosił kazanie. Wyglądał na energicznego człowieka, a i Kościół
ten jest wyjątkowo zadbany. W bocznych kaplicach poświęconych Najświętszej
Marii Pannie były bukiety świeżych kwiatów i palące się świece. Na zakończenie
mszy ksiądz zwracał się do obrazu, a następnie figur Najświętszej Marii Panny i
prowadził dodatkowe modlitwy.
 |
Figura NMP w Kościele w Huecas |
Z tego typu nabożeństwem spotkałem się po raz
pierwszy w czasie pielgrzymek do Santiago de Compostela. Miałem problem z
odnalezieniem alberghe, ale po pół godzinie zmagań wszystko zakończyło się
szczęśliwie. Jedyny czynny sklep obsługiwany był przez Chińczyków i oczywiście
nie było w nim cen na towarach.
17 kwietnia Noves – Escalona
Tego
dnia postanowiłem, że zejdę ze szlaku, aby zwiedzić Maquedę wydającym się dosyć
atrakcyjnym miastem dla mnie ze względu na pałace. Najpierw musiałem dotrzeć do
zamku San Silvestre, który znajduje się zaledwie kilka kilometrów od Noves. Z
miasteczka wprowadziła szeroka żwirowa aleja wśród zielonych o tej porze pól.
Równolegle do niej przebiegała druga droga, po której spacerowało wiele osób
prawdopodobnie odprowadzających swoje dzieci do szkoły. W pewnym momencie
znalazłem się otoczony z dwóch stron przez ogromne trzciny. Tak doszedłem do
rzeki, którą przeszedłem boso, trzymając w ręku buty.
 |
Prywatna droga |
San Silvestre okazało się
prywatną miejscowością dookoła ogrodzoną siatką. Nie mogłem podejść ani do Kościoła,
ani do zamku. Z pewnej odległości podziwiałem świetność dawnej Hiszpanii. Na
domiar złego droga w kierunku Maquedy również była prywatna i nie zaryzykowałem
poruszać się w tamtym kierunku, bo w każdej chwili mogła napaść mnie zgraja
psów czyhających na swe ofiary. Chcąc nie chcąc ruszyłem w kierunku Escalony.
Szedłem teraz wśród ukwieconych pastwisk i trochę zaniedbanych winnic. W oddali
bieliły się szczyty Sierra de Gredos i Sierra de Guadarrama. Napawany swojskim
krajobrazem wszedłem do Quismondo. Nie było tu nic ciekawego, co mogło przykuć
moje oko, ale gdy opuszczałem miasteczko, to zatrzymała mnie para leciwych
staruszków trzymających w dłoniach motykę i grabki.
 |
Siedziba władzy w Escalona |
Powiedzieli, że wskażą mi drogę i tak wolnym
krokiem uszliśmy kilkaset metrów, a dziadek opisywał ustnie góry w kierunku których szedłem. Po
przejściu nad autostradą szlak zawracał i staruszkom chodziło o to, abym nie
poszedł prosto, bo widocznie wielu tak błądziło. Jeszcze długo z wiaduktu
machali mi rękami i nie śpieszyli się do swoich zajęć, bo podeszły wiek rządzi
się innymi prawami. Ich zachowanie i widok wzruszył mnie tak, że zapomniałem
nawet uruchomić aparat cyfrowy. Na kilka kilometrów przed Escaloną jakiś Pan z
rodziną zatrzymali samochód i proponowali podwiezienie, ale jako pielgrzym grzecznie
odmówiłem, bo czułem się na siłach i postanowiłem iść dalej. Do miasta
prowadził długi most, z którego podziwiałem słynne mury Escalony opisywane
przez dawnych podróżników. Zachowała się ich pewna część i dosyć zniszczony
zamek, ale robiący wrażenie dawnej swej potęgi.
 |
Spotkani caminowicze z dalekich krajów |
Do Oficyny de Turismo dotarłem
o 14.05 i była już zamknięta. Mile zaskoczył mnie tutejszy rynek z licznymi
podcieniami. Zasięgnąłem tu języka, ale pomimo długiego tłumaczenia nie mogłem
trafić do schroniska. Musiałem zawrócić i uczynny barman narysował mi plan.
Teraz dojście wydawało się proste, ale nic mylnego, bo we wskazanym miejscu był
szkoła i posterunek policji i ani jednej żywej duszy. Dopiero po dłuższym
dreptaniu w miejscu wyszła energiczna Pani ze ścierką i otworzyła pewne drzwi.
Alberghe jest tu zadbane i mieści się przy szkole. Nie posiada kuchni, ale jest
tu elektryczny czajnik. Przeprane ubrania powiesiłem na szkolnej bramie. Po
krótkim odpoczynku ruszyłem na miasto i tu spotkałem cyklistę Adriana z
Saragossy. Zaprowadziłem go na nocleg, a on po drodze opowiadał o urokach
Camino Primitivo. O dziwo pojawił się kolejny pielgrzym Marius, a po wyglądzie
byłem przekonany, że to Niemiec, a wieczorem przy lampce wina uznałem go za
Hiszpana, natomiast po dwóch dniach okazał się Brazylijczykiem, który testuje
trasy dla pielgrzymów z Brazylii.
 |
Mury Escalony w zachodzącym słońcu |
Po południu udałem się do otwartej właśnie
biblioteki, gdzie uzyskałem sellos i wniosłem symboliczną opłatę. O godzinie
19.00 uczestniczyłem we mszy świętej w zabytkowym Kościele. Chciałem również
zwiedzić wyglądający staro klasztor na obrzeżach miasta, ale był zamknięty. Być
może był już opuszczony, ale tego nie wiem na pewno. Duże wrażenie na mnie
zrobił zachód słońca, w którego promieniach mury Escalony przybierały
niespotykane kolory. Wieczorem Marius zaproponował wino na kolację. Mówił
bardzo wyraźnie po hiszpańsku, tak że rozumiałem większość słów, ale byłem
przekonany, że to efekt siły wina.
18 kwietnia Escalona – Cadalso de los Vidrios
Po
wypiciu 0,3l miejscowego wina Escalona sen był dobry, nawet nie słyszałem
żadnego chrapania. Przed godziną 7.00 odpaliły autobusy szkolne i było po śnie.
Podniosłem się wraz z piechurem, sponsorem wina. Po 10min byłem gotowy do
wymarszu. Pożegnałem się z towarzyszami podróży i ruszyłem przed siebie. Po
opuszczeniu ostatnich zabudowań Escalony odmówiłem Godzinki o Niepokalanym
Poczęciu Najświętszej Marii Panny. Modlitwą tą rozpoczynałem już kolejne dni
wychodząc na trasę. Po dalszym półgodzinnym marszu wkroczyłem do Paredes de
Escalona.
 |
Częsty wizerunek nad drzwiami domostw |
Drzwi do jedynego baru były otwarte, więc bez namysłu wszedłem tu,
ale trwało jeszcze przygotowanie rozruchu. Zaraz za mną zaczęli schodzić się
starsi mężczyźni. Za kawę z mlekiem i tostados
z tomate i aceite zapłaciłem 2€. Za wielką podpiekaną kromkę nie było to
wiele. Po wyjściu z tej wioski góry Sierra de Gredos były na wyciągnięcie ręki.
Wszystko dookoła było ogrodzone na pastwiska. Dróżka wiła się cały czas do
góry, a na wy płaszczeniach znajdowały się bajora wody, których nie można było
ominąć ze względu na kamienne płoty lub siatkę leśną.
 |
Pierwsze spojrzenie na Sierra de Gredos |
W pewnym momencie szlak
przecinał leśny strumień. Tuż obok był kamienny mostek, ale po jego przejściu
ścieżkę zagradzała wzniesiona z ostrokrzewu barykada, której nie sposób było
ominąć. Musiałem zdjąć buty, ale przechodzenie boso było ryzykowne ze względu
na ostre kamienie lub inne miny. Rzeczkę pokonałem w sandałach, które później
suszyłem uwieszone u plecaka. Ścieżka doprowadziła mnie do asfaltowej drogi i
tu rozpoczynała się prowincja Madryt. Do Cadalso de los Vidrios szedłem starym
zniszczonym asfaltem. Wokół rozpościerały się pastwiska, stare zaniedbane
winnice oraz niewielkie domki i duże hacjendy. Do jednego z takich domków
przyjechał czarnoskóra dziewczyna z dwojgiem swoich dzieci, którzy widocznie
zakończyły już zajęcia szkolne.
 |
Jeden z tzw rzymskich mostów |
Tutaj również jeden Pan zatrzymał samochód i
chciał mnie podwieźć, ale nie mogłem na to przystać, bo czułem się rześki. W
Oficynie de Turismo młoda Pani oświadczyła, że jest tu darmowe alberghe, a
słońce prażyło niemiłosiernie, co ułatwiło mi podjęcie decyzji i tak
pielgrzymowanie zakończyło się o 12.00. Po długim błądzeniu odszukałem
budynek Policji Lokal, gdzie obudziłem śpiącego funkcjonariusza, który
wręczył mi klucze. Centrum sportowe znajdowało się na samym krańcu miasteczka.
Musiałem czekać do nocy, aż wszyscy korzystający z urządzeń sportowych opuszczą
halę. Portier udostępnił mi pakamerę, abym miał gdzie zostawić plecak i spożyć
jadło. W okresie sjesty miejscowość
była wymarła i wszystko było pozamykane poza Kościołem i stacją CPN.
 |
Tajemnicze runy na przydrożnym kamieniu |
Chciałem
zakupić filtr od słońca, ale ceny były duże i opakowania filtrów również, z
którymi nie wpuszczono by mnie do samolotu. Siadła komórka, dlatego spóźniłem
się na mszę, a tu Kościół zupełnie pusty, dopiero śpiew alleluja zaprowadził
mnie do małej kaplicy. Ksiądz był w średnim wieku i wyglądał na energicznego
człowieka. Ludzi była garstka, w tym jeden Pan. Wracając na nocleg zauważyłem,
że ulica przelotowa przez miasto została całkowicie opanowana przez Arabów.
19
kwietnia Cadalso de los Vidrios –
Cobreros – San Bartolomeo de Pinares
Nocą
od czasu do czasu słychać było jakieś zgrzyty, być może wiatr poruszał ogromny
dach, a może wierciły się w gniazdach ptaki lub inne żyjątka żerowały nocą. Miałem
zaplanowane przejście dwóch etapów, ponieważ chodzenie tylko 20km dziennie było
dla mnie poniżające. Wstałem o 5.30 i ruszyłem na posterunek policji przekazać
klucze, a był to prawie środek nocy.
 |
Prehistoryczne rzeźby |
Wcisnąłem dzwonek, ale nie było żadnego
odzewu. Po kilku minutach z ciemności miasta wyłonił poznany wcześniej
policjant z całkowicie rozczochraną czupryną. O dziwo nie był wcale zły, że
zerwałem go z domowego łóżka i na twarzy miał uśmiech. Zawrócił mnie, gdy
skręciłem na szlak camino i kazał mi iść szosą, a nie wycierać się po krzakach
wśród ujadania miejscowych psów. Z rzadka przejeżdżał samochód w kierunku
Madrytu, bo niektórzy widocznie śpieszyli się tam do pracy. Na każdy
przejeżdżający samochód włączałem moją niewielką lampkę, bo strzeżonego Pan Bóg
strzeże. W ciemnościach nocy mogłem podziwiać odległe wsie i miasteczka,
których światła dochodziły ze zboczy gór. Pan policjant ostrzegł mnie, abym na
mijanym rondzie obrał właściwy azymut. Dużą niespodzianką było przechodzenie
obok czterech kamiennych figur z IVw pne, które swoim kształtem przypominały
słonia lub niedźwiedzia.
 |
Słup hańby na Cobreros |
Nie mogłem im się dobrze przyjrzeć, bo był mrok i
oddzielała mnie od nich żelazna brama. W blasku porannego słońca zszedłem z
ruchliwej szosy na lokalne dróżki z dosyć kiepskim asfaltem, który zanikł, a
pojawiły się nagie skały i żwir. Nie było tu żadnych oznakowani, ale miałem
wgraną mapę tej części Hiszpanii do komórki i dzięki temu nie pobłądziłem. Po
drodze mijałem małą wioskę z ładnym kamiennym krzyżem i Najświętszą Panienką
nad drzwiami jednej z posesji. Na bezdrożach wielu mieszkańców ma tu działki z
niewielkimi domkami, w sam raz na okres lata. Jeden z działkowiczów
poinformował mnie, że będę stąpał po rzymskich mostach. Po drodze już w
prowincji Avila przechodziłem przez trzy takie budowle, chociaż pod dwoma
mostkami zanikły rzeki. Na mój gust to one z budowniczymi armii rzymskiej
niewiele miały wspólnego, ale siła ludowego przekazu jest wielka. Przed
Cobreros na litej skale wznosił się kamienny słup, żywo przypominający słup
hańby, do którego przywiązywano przestępców lub wieszano na nim łotrów.
 |
Kamienista górska ścieżka |
Wspiąłem się na wzgórek, ale żadnej tablicy informacyjnej nie znalazłem.
Cobreros to tętniące życiem miasteczko z dwoma marketami i barami. Spożyłem tu desayuno, a Pan barman udzielił mi rad
ułatwiających pokonanie górskich przepaści, które były przede mną. Przed
opuszczeniem tego sympatycznego miasteczka wstąpiłem do supermarketu i
znalazłem tańszy i pewnie gorszy krem z filtrem przeciwsłonecznym. Dalej
wspinałem się do góry kamienistą ścieżką, która wielokrotnie przecinała szosę
wijącą się serpentynami. Dwukrotnie obserwowałem ciężki trening kolarza, który
wspinał się na szczyt, a następnie zjeżdżał na złamanie karku. Na szczycie
Przełęczy Arrebatapacas naszliśmy na
siebie w cztery oczy, ale obaj byliśmy padnięci i zrobiliśmy niewielkie gesty
ruchem prawej dłoni. Odtąd zaczęły zanikać krzewy i suchorośla, a pojawiły się
otwarte górskie hale. Wypasały tu się stada krów, a gdzieniegdzie owiec,
których chów jest zapewne mnie opłacalny. Było tu królestwo sępa iberyjskiego,
ptaka wielkich rozmiarów, który przechadzał się wśród bydła domowego lub krążył
nisko nad horyzontem szukając żeru.
 |
Sępy nad Sierra de Gredos |
Przypuszczam, że głównym zajęciem
tutejszych sępów jest sępienia pożywienia, które gospodarze dostarczają
tutejszym krowom. Spotkałem nawet lisa iberyjskiego z wielką głową wielkości
1/3 jego ciała, który niemrawo oddalił się ode mnie. Kości i szkielety zwierząt
na szlaku potwierdzały, że życie na wysokościach to nie przelewki, pomimo poczucia
wolności. Kwitnące górskie łąki z intensywnymi kolorami, bo przecież była
wiosna i wspaniałe krajobrazy pozwoliły mi całkowicie zapomnieć o zmęczeniu. Na
rozstajach górskich ścieżek krzyżowało się wiele szlaków, ale ich oznaczenia i
nazwy niewiele mi mówiły. Musiałem opuścić pastwisko i dalej iść szosą, bo na
drodze mojego marszu pojawiły się dwa żywe byczki szukające rozrywki.
Przeczołgałem się pod metalową siatką i schodziłem serpentynami. Ruch
samochodowy był tu symboliczny, ale za to mijałem grupy góralek szukających
szczęścia na halach lub w zaułkach skalnych, bo gdzieś znikały. Do San
Bartolomeo de Pinares wszedłem dobrze po południu i wstąpiłem do pierwszego
spotkanego baru. Pani właścicielka naprowadziła mnie na schronisko. O dziwo
zastałem tu cztery osoby, oprócz Mariusa było tu małżeństwo emerytów z Niemiec
i Mathilde wesoła Szwajcarka.
 |
Naturalny skalniak |
W niewielkim pomieszczeniu w centrum domu kultury
znajdowały się trzy piętrowe łóżka, dlatego mnie i Matyldzie przyszedł zaszczyt
spać na piętrze. Prysznice znajdowały tu się o osobnym budynku, co nie
stanowiło większego problemu. Wieczorem wszyscy udaliśmy się do drugiego baru.
Z obsługi podeszła starsza kobieta, ale dwudaniową kolację zamówiła tylko
Matylda, a nam musiało wystarczyć wino. Dosyć podły posiłek Matylda zachwalała
i wręczyła spory napiwek, ale kto bogatemu
zabroni. Pierwsze wino postawił emeryt z Niemiec, który rozprawiał o
licznych szlakach camino przebytych wraz żoną. Nie był w stanie uwierzyć, że ja
jako Polak idę już ósmy raz, ale dowód z internetu był nie do podważenia.
Drugie wino postawił Marius, który okazał się Brazylijczykiem testującym szlaki
dla caminowiczów z Brazylii.
 |
Na rozstaju górskich ścieżek |
W tym roku wybrał szlak Św. Teresy, której właśnie
poświęcono Rok Święty. Mówił bez a typowych naleciałości, dlatego znakomicie go
rozumiałem. Ostatnie wino zakupiłem ja i zdziwiła mnie jego cena, bo 2€ to
prawie darmo. Teraz rozgadała się Szwajcarka, której buzia się nie zamykała i
nikogo nie dopuściła już do głosu. Do alberghe wracaliśmy ciemną nocą, ale
dziadek z Niemiec bez pomocy żony na pewno na nocleg by nie trafił.
20 kwietnia San Bartolomeo de Pinares – Avila
Wieczorem
właściciele obiecali, że bar będzie czynny już od siódmej rano. Z tą myślą
udałem się na spoczynek, ale wydarzenia poszły własną drogą. Jeszcze przed
wschodem słońca zaczęli ubierać się Niemcy i zostałem wybudzony ze snu.
Odruchowo wskoczyłem w ubranie i po 5min wyszedłem ze schroniska, a emeryci
jeszcze się guzdrali. Przed barem byłem za kwadrans siódma, ale nie było w nim
oznak życia i poszedłem dalej. Szukając strzałek zupełnie pobłądziłem między
domami. Kręciłem się w kółko i wybawił mnie z kłopotów miejscowy Pan podążający
do pracy w mieście.
 |
Sielskie widoki |
Caminowiczów z Niemiec dogoniłem w El Herradon, gdzie
bezskutecznie pociągali za klamkę miejscowego baru. Szybko obszedłem całą
miejscowość, ale wszystko było pozamykane i nie spotkałem żadnej żywej duszy.
Opuszczając El Herradon zatrzymałem się przy Ermita, w celu odmówienia porannych modlitw. Starsze małżeństwo nie
uszło daleko, bo zatrzymał je wielki czarny szczekający pies na środku drogi.
Razem było raźniej i drżeniem serca ominęliśmy to wielkie zwierzę, które nie
było agresywne, a jedynie pracowało na swój chleb. Zaraz potem ścieżka zaczęła
wić się do góry i na pierwszej lepszej skale spożyłem śniadanie. W tym czasie
słychać było jak pies obszczekuje Matyldę. Z nieznanych mi powodów szlak
poprowadzono przez pastwisko, a wiosną było tu błoto i krowie placki.
 |
Majestatyczna Avila |
Czym
szybciej udałem się w kierunku asfaltowej szosy wijącej się serpentynami ku
przełęczy, natomiast Niemcy szli ściśle za znakami chlupocząc błotem. Przechodząc mostkiem nad górskim strumieniem
zauważyłem znaki camino i ostrożne pokonałem 3 metrową przepaść. Dokonałem
tutaj dużego skrótu, a i ścieżka nie była rozdeptana przez bydło. W szybkim
czasie osiągnąłem przełęcz El Boqueron 1315m. Niebo było całkowicie zachmurzone
i obawiałem się deszczu, dlatego bez odpoczynku podążyłem dalej. Ku mojemu
zaskoczeniu szlak nie schodził z górki, tylko skierował mnie na podmoknięte
łąki górskie, na które jeszcze nie wpuszczono krów. Wspinałem się ku nagim
skałom przekraczając 1400m n.p.m. Po drugiej stronie góry niebo się wypogodziło
i ochoczo podążałem w dół. Szedłem żwirową drogą mijając stada krów oraz
opuszczoną przez ludzi wioskę. Rozległe zielone i bezdrzewne przestrzenie były
balsamem dla duszy i oczu.
 |
Bazylika Św. Wincentego |
Dosyć szybko osiągnąłem niewielką wioskę z otwartym
barem, gdzie Pani nakarmiła mnie za przysłowiowe grosze. Za wioską na
horyzoncie wiły się słynne mury Avili. Na pastwiskach teraz brykały już młode źrebaki
szykowane dla jeźdźców corridy. Po pokonaniu kamiennego mostu Avila była na
wyciągnięcie ręki. Po dojściu do majestatycznych murów Avili nie mogłem od nich
oderwać oczu, bo do tej pory nic takiego nie widziałem. Ich ogrom i surowe
piękno przyciągały mnie jak magnes, dlatego szedłem dalej nie spuszczając z
nich wzroku. Jeden z przechodniów poradził mi, abym szedł tak dalej, aż mury
się skończą i będzie tam most, a przy nim alberghe. Na bramie wisiała kłódka i
numer telefonu, pod który zadzwoniłem, i odezwał się głos męski, że przyjdzie
za godzinę. Naprzeciwko mostu prześlicznie kwitły drzewa, wśród których
czekałem na hospitalero.
 |
Katedra w Avili |
Przyszedł wraz z Brazylijczykiem już po 45min..
Schronisko to mieści się pod mostem i jest znakomicie utrzymane, bo oprócz
kuchni i łazienki posiada nawet sprawną pralkę. Po krótkim odpoczynku i
przepiórce ruszyłem zwiedzać Avilę, która oprócz murów posiada wspaniałe Kościoły
i kult Św. Teresy. Zachwyciła mnie Bazylika Św. Wincentego ze wspaniałymi
krużgankami. Tutejsza katedra wygląda skromnie na tle XI wiecznych murów,
najdłuższych i najlepiej zachowanych w Europie, które od tysiąca lat są niezmienione.
Na wieczorną mszę świętą udałem się do romańskiej Iglesia San Nicolas, która położona jest na zewnątrz obwarowań.
 |
Plaza Mayor |
Wieczorem Marius z worka zieleniny i innych dodatków przyrządził świetną
kolację i ten pomysł naśladowałem w następnych dniach. Przy czerwonym winie opowiadał
o polityce władz względem pielgrzymów. Chwalił władze Avili za utrzymanie
wspaniałego alberghe oraz miasto Alicante, które uruchomiło dwie trasy camino,
a ganił Walencję, która jedynie z zazdrości dołączyła do Alicante.
21 kwietnia Avila – Gotarrendura
Noc
była bardzo spokojna, pomimo że alberghe położone jest pod mostem, to żadne
odgłosy jadących samochodów tu nie docierały. Za kwadrans ósma doszedł do mnie
szmer z sąsiedniego pokoju, dlatego szybko wstałem i zapakowałem swój plecak.
Brazylijczyk natomiast przystąpił do śniadania. Zostawiłem plecak w schronisku
i poszedłem na mszę świętą o 8.30 w Convento
de la Encarnacion położonym około 1km na wschód od murów miejskich. Już
same ławki świadczyły o patynie wieków, bo już dla Napoleona były za stare na
rabunek. Mszę odprawiało dwóch księży, jeden w średnim wieku, a drugi
zaawansowany już w latach.
 |
Widok z rzymskiego mostu |
W prawym rzędzie siedziały zakonnice habitowe, w
lewym kilka osób świeckich. Niespodziewanie w pewnym momencie usłyszałem jakiś
dziewczęcy chichot, ale z tyłu nikogo nie było. Gdy wracałem od komunii
świętej, to zauważyłem, że w zaciemnionym pomieszczeniu za kratami klęczą
zakonnice z Carmelu. Twarzy ich nie było widać, ale ubrane były w białe habity.
Dostrzegłem przynajmniej kilkanaście postaci, ale z oczywistych względów nie
mogłem im się przyjrzeć. Był to pierwszy zamknięty zakon, w którym zakonnice
były ukryte przed światem, bo do tej pory spotykałem się z przypadkami, gdzie w
czasie mszy świętej zakonnice od wiernych odgradzał zwykły płotek lub kraty i
zawsze było oświetlenie, a tu zupełna ciemność. Po przybiegnięciu do alberghe
zastałem Mariusa, który szykował się na autobus, czym mnie negatywnie
zaskoczył, bo sprawdzał jedynie schroniska, a nie trasy. Avilę opuściłem
krocząc po rzymskim moście i zaraz za nim wstąpiłem do pierwszego otwartego
baru na desayuno.
 |
Praca kamieniarza |
Po posiłku nabrałem sił i kroczyłem asfaltem, aż minąłem
obwodnicę miasta. Dalej szlak skręcał w pastwiska i beznadziejnie kluczył.
Wiele strzałek było zamazanych, a nowe wskazywały kierunki, po których nikt nie
chodził. Chaos oznakowań camino był echem rywalizacji Walencji z Alicante,
czyli Camino Lewante z Camino Sureste. Postanowiłem iść drogą dla samochodów i
o dziwo tutaj również spotykałem żółte strzałki. Po godzinie marszu, gdy szlak
zbliżył się do mojej drogi, to postanowiłem trzymać się już camino, bo była to
wyraźna żwirówka. W pewnym momencie mijana linia kolejowa wchodziła pod ziemię,
czyżby to był wjazd prosto do piekła, tego nie wiem, ale i diabli mogą iść z
postępem i wybudowali stację kolejową. Przechodziłem również obok zakładu kamieniarskiego,
gdzie starszy Pan z dłutem i młotkiem w ręku obrabiał granitową skałę.
 |
Rzymska ścieżka |
W
mijanych miejscowościach było po jednym barze i wszystkie otwarte. Zachodziłem
do każdego z nich próbując miejscowych specjałów. W Cardenosa była tablica
informująca, że ścieżka camino jest poprowadzona drogą z czasów rzymskich.
Kroczyłem kilkaset metrów wąską drogą zbudowaną z „kocich łbów”, ale czy armia
rzymska mogła po czymś takim maszerować? Przed Penalba de Avila ukazała się
Meseta w pełnej krasie. Kończyły się góry, a otwierała ogromna bezleśna
przestrzeń z wioskami rozsianymi wśród uprawnych pól. Schodząc ku równinie
kierowałem się na samotnego Ermitę położonego na rozstaju dróg. Mijałem nawet
wioskę składającą się z dwóch kikutów ruin i kupy kamieni. Widocznie zniszczyła
ją kiedyś wojna lub zaraza. Schronisko w Gotarrendura jest znakomicie
wypasione, chociaż posiada tylko 4 miejsca sypialne, a składa się aż z pięciu
pomieszczeń dostępnych od wewnętrznego podwórka.
 |
Miejsce dzieciństwa Św. Teresy |
Można tu usiąść w spokoju przy
drzewku pełnym mandarynek, których ugryzienie wykrzywia twarz. Jest tu
wspaniała kuchnia, na której ugotowałem makaron i sporządziłem ciepły posiłek.
Ta niepozorna miejscowość znana jest całemu światu, bo tutaj przyszła na świat
Św. Teresa oraz spędziła swoje lata dziecięce i młodość. W miejscowym barze
zmyślnie urządzonym kwitło wieczorem życie towarzyskie, a ceny bardzo
przyzwoite.
22 kwietnia Gaterrendura – Arevalo
W
nocy z niewiadomych przyczyn nie mogłem spać, tak jakbym się czegoś bał. Rano
nie mogłem czekać do godziny 11.45 na mszę świętą w miejscowym Kościele,
dlatego ruszyłem przed siebie. Towarzyszyła mi tęcza, którą miałem po lewej
ręce, a deszczu jako takiego w nocy nie było, chociaż ciemne chmury wisiały na
zachodzie. W Hernansancho musiałbym czekać dwie godziny, a i bary były
pozamykane. Kolejna miejscowość Villanueva de Gomez miała otwarty bar, gdzie
spożyłem śniadanie. Jest tu wybudowany nowy Kościół, bo stary spłonął 50 lat
temu i jego ruiny są ogrodzone, aby zabezpieczyć poświęcone miejsce przed
profanacją.
 |
Typowy widok na Mesecie |
Również i tutaj musiałbym czekać kilkadziesiąt minut, dlatego
ruszyłem dalej mając ufność w Bogu. Przy zachmurzonym niebie utrzymywałem dobre
tempo marszu i w trzeciej miejscowości na trasie El Bohodon idealnie
wstrzeliłem się w mszę świętą. Uczestniczyli w niej sami starcy i babcie, co
napełniło mnie smutkiem. Po nabożeństwie szybko ruszyłem przed siebie i
zatrzymałem się w barze w Tinosillos, największej miejscowości na trasie.
Przyjrzałem się twarzom młodych mężczyzn, którzy tu urzędowali. Od spożywanego alkoholu
wyglądali debilowato, a ich życie toczyło się pewnie od kieliszka do kieliszka.
Postanowiłem odszukać klasztor Matki Bożej Anielskiej, dobrze oznaczony na
mapie. Okazało się, że została po nim kupa kamieni. Dawno, dawno temu
przebywały tu 24 biedne mniszki, których nie było stać na posag. Zajmowały się
uprawą ziemi i produkowały czysty wosk na świece. Zostały opuszczone przez miejscowe
władze kościelne, ponieważ nie miał im kto odprawiać mszy świętej, dlatego
przeniosły się do Nawarry.
 |
Spotkanie z Izabelą Kastylijską w Arevalo |
Zdołowany obecnym widokiem monasterio ruszyłem na
skróty przez las, aż dotarłem do szlaku camino. Wstąpił we mnie lęk, gdy zauważyłem,
że jedzie za mną przez las samochód, a w nim człowiek o ciemnej karnacji
twarzy. Las sosnowy przez, który szedłem nie dawał żadnego schronienia,
ponieważ nie było w nim żadnego poszycia. Wraz ze zbliżaniem się do Arevalo
zaczęła ścigać mnie burza i pomimo zmęczenia szedłem bez odpoczynku. W Arevalo
po dotarciu do pierwszych podcieni lunął deszcz. Przeczekałem go szczęśliwie w
lokalu pod dachem popijając na przemian wodę i wino, aby uzupełnić płyny. Po
ustaniu opadów jeden z przechodniów skierował mnie do policji lokal. Tutaj dwaj młodzi mężczyźni zaprosili mnie do
radiowozu i zawieźli do alberghe, które mieści się tuż przy hali sportowej, z
której dochodziły krzyki i uderzenie piłki. Policjanci obawiając się incydentu
podali numer telefonu kontaktowego.
 |
Wszechobecny styl mudejar w Arevalo |
Po 17.00 otwarta była Oficyna de Turismo,
gdzie zaopatrzyłem się w materiały na temat miasta. Swoją młodość spędziła tu
sama Izabela Kastylijska wybitna władczyni z końca XV wieku. Zachowało się tu
szereg budowli w stylu mudejar, co czyni Arevalo najważniejszym miastem
posiadającym zabytki w tym stylu w całej Hiszpanii. Wadą tego typu budowli jest
główny budulec, czyli glina, co sprawia nietrwałość tych konstrukcji. Po raz
drugi tej niedzieli uczestniczyłem we mszy świętej w Kościele Św. Marcina,
oczywiście zbudowanego w stylu mudejar.
 |
Typowa ulica Arevalo |
Po powrocie do schroniska przeczuwając
kłopoty nie świeciłem światła. Po 20.00 jacyś młokosi podeszli do drzwi i
zaczęli coś wykrzykiwać w nieznanym mi języku oraz łomotać. Drzwi na szczęście
są tu zbudowane z grubej stalowej blachy i ludzka ręka ich nie sforsuje. Nie
odzywałem się, dlatego oni odeszli i do samego białego rana miałem spokój.
23 kwietnia Arevalo – Medina di Campo
Poza
wieczornym incydentem już nic nie zakłóciło mojego snu. Wstałem o 7.45 i po
kwadransie byłem gotowy do wyjścia. Na desayuno zatrzymałem się w pierwszym
otwartym barze i za 2€ wypiłem kawę z mlekiem i zjadłem tostados. Bar był pełen
mężczyzn. Przy oddawaniu klucza na policja
lokal urzędował tu wąsaty nieduży jegomość. Opuszczając miasto zauważyłem
nieduży zamek na jego krańcach. Dalej camino prowadziło przez historyczny most,
na końcu, którego znajduje się niewielki Ermita. Ze względu na fiestę wszystkie
sklepy były pozamykane.

Szlak prowadził boczną drogą oddaloną 300m od
autostrady, która była niewidoczna ze względu na las. W pierwszej miejscowości
na trasie Palacios de Goda wypiłem zumo de naranja i coś przekąsiłem, ale
niestety Pani miała bardzo małe butelki z wodą mineralną. Za miejscowością skończył się las i droga wiodła wiejskimi
dróżkami przez pola. Teren był pagórkowaty, dlatego widoki były fantastyczne.
Mijałem „Miasto Umarłych”, które mieszkańcy opuścili dawno temu. Byłem
przekonany, że camino poprowadzi mnie do Honquilana nieźle rozbudowanego
miasteczka, ale polna żwirówka w tamtym kierunku była przegrodzona siatką i
musiałem zawrócić. Tutaj mijałem dwóch jeźdźców, którym towarzyszył juczny koń,
a byli oni ubrani jak dworki królowej Bony. Strudzony piekącym słońcem dotarłem
do San Vicente de Palacio, które okazało się nędzną wioską i musiałem dojść do
autostrady, aby coś zjeść i nabyć mineralną.
 |
Plaza Mayor w Medina die Campo |
Cała przyjemność z lokalu przy stacji
paliw kosztowała mnie 6.10€. Odtąd miałem do przejścia 11km, które wyceniłem na
trzy godziny wysiłku. Teren był podmokły, bo na polach i łąkach było wiele rozlewisk
napełnionych deszczem, który co roku poprzedza w Hiszpanii Święto
Zmartwychwstania Pańskiego. Mijałem niewielkie piniowe zagajniki, w których
cieniu mogłem odpocząć. W jednym z nich pasły się ciemne świnie i zagajnik
oczywiście był ogrodzony. Camino tunelem pod linią kolejową wprowadziło mnie do
Medina die Campo. Mój wzrok przyciągał potężny zamek oddalony znacznie od
centrum miasta. Wszystkie sklepy były nieczynne i zmuszony zostałem do
skorzystania z usług barowych. Spotkana Pani przewodnik oświadczyła, że
schroniska dla pielgrzymów tu nie ma i muszę skorzystać z alberghe de huvenill.
Po konsultacji telefonicznej z Ojczyzną udałem się na policję, gdzie młody
człowiek w mundurze podał mi adres Iglesia de los Padres. Po dotarciu na
miejsce musiałem trochę poczekać. Starszy zakonnik zaprowadził mnie na pokoje.
Po odświeżeniu odzieży polegającej na jej namoczeniu w wodzie przysnąłem.
 |
Miejsce noclegu |
Obudziłem
się dopiero przed 20.00 ale zdążyłem na mszę świętą, w której jak na
poniedziałek uczestniczyła spora grupa wiernych. Była już zbyt późna pora na
zwiedzanie miasta i ciemności narastały szybko. Późnym wieczorem otworzono
kilka sklepów ze słodkościami. Zaopatrzony w wodę, pomarańcze i pokrytą pleśnią
kiełbaskę chorizo udałem się na spoczynek.
24 kwietnia Medina del Campo –
Tordesillas
Rano
przy opuszczaniu klasztoru zauważyłem kartkę, że należy parę euro zostawić. Miałem
jedynie niespełna 6€ drobnych, które zostawiłem i ruszyłem na szlak. Po
skonsumowaniu śniadania w miejscowym barze zasięgnąłem języka na temat kierunku
marszu i zastosowałem się do uzyskanej informacji. Niestety, ale na kierunku, w
którym podążałem nie było słynnego zamku, a śpieszyłem się, bo zapowiadał się
upalny dzień. Problemem stał się brak otwartego sklepu, a miałem ograniczone
zapasy wody.
 |
Barokowy Kościół w Rueda |
Miasto opuściłem idąc dzielnicą przemysłową wśród licznych
zakładów pracy, gdzie brak było zwykłych domów mieszkalnych. Po wyjściu na
świetnie oznaczone polne drogi okazało się, że nie jest to Camino de Santiago.
Po analizie mapy musiałem dokonać wyboru, czy iść dalej w kierunku La Seca, a
następnie podążać do Tordesillas, czy skręcić 90° w lewo i dojść do Camino de
Sureste. Wybrałem drugą opcję, aby podziwiać znakomicie utrzymane pola winnej
latorośli, a ponadto polne dróżki były tu znakomicie utrzymane i oznakowane
jako trasy rowerowe. Gdzieniegdzie na polach pracowali winiarze palikując
winnice lub usuwali chwasty. Po trzech kilometrach dalszego marszu znalazłem
się na trasie camino. Po drodze nie było żadnego drzewa dającego cień, dlatego
szybko doszedłem do Ruedy jedynej miejscowości na tym etapie.
 |
Wizyta w oberży |
Tutaj od razu pojawił
się wielki napis Ruta del Vino de Rueda, dlatego
wstąpiłem do pierwszej otwartej winiarni, aby spróbować miejscowego trunku.
Podobnie postąpiłem przy lokalu na końcu tej miejscowości, gdzie spożyłem
również skromny posiłek. Wystrój tej winiarni budził mój podziw, bo właściciele
urządzili go z niezwykłą starannością. W El Rueda budzi podziw miejscowy
barokowy Kościół, od którego przy padających promieniach słonecznych trudno
oderwać oczu. Słońce dawało się we znaki, dlatego podążałem bez odpoczynku
wśród starannie zadbanych pól. Dotarłem do niewielkiej rzeczki, nad którą rosły
drzewa, w cieniu których można było dać odpocząć zbolałym nogom. Zbliżając się
do Tordesillas przechodziłem również obok farmy intensywnego chowu trzody
chlewnej, ale obecny widok budynków bez drzwi i okien budził we mnie niepokój.
 |
Cichy zaułek w Tordesillas |
Dojście
do tego historycznego miasta nie było proste, pomimo, że widziałem je jak na
dłoni. Wpływ na to miała obwodnica miasta i sieć dróg dojazdowych, po których
nie można było iść, tylko musiałem kluczyć bocznymi ścieżkami. Do Tordesillas
wszedłem bardzo długim mostem nad zamulona rzeką Duero. Od razu miasto
wzbudziło mój podziw, bo czuć tu było patynę wieków. Wąskie uliczki
przypominały mi Kordobę, ale tam były tłumy gapowiczów, a tu zupełna pustka,
jedynie od czasu do czasu pojawiał się jakiś mieszkaniec. Zamiast barów
umiejscowione były winiarnie, w których za niewielkie pieniądze uzupełniłem
płyny utracone w palącym słońcu.
 |
Miejsce słynnego Traktatu z 1494r. |
W cieniu pałacu, w którym w 1494r. podpisywano
Traktat poczekałem na otwarcie Oficyny de Turismo. Młodej dziewczynie pomogłem
otworzyć drzwi, a ona zawiadomiła opiekuna schroniska. Po odszukaniu adresu
czekałem ponad kwadrans, zanim zjawił się starszy Pan. Alberghe jest tu odnowione
w zabytkowym budynku i wszystko działa. Opiekun schroniska dba o czystość oraz
stylowy wystrój. Za 5€ nocowałem tutaj w najlepszym schronisku na tegorocznym
camino. Tordesillas mnie zauroczyło, ponieważ czas nie dokonał tu spustoszeń, a
z rzadka zajeżdża tutaj autobus z turystami. Podcienie wokół niewielkiego Plaza
Mayor przypominają nieco dawną Hiszpanię.
 |
Plaza Mayor w Tordesillas |
Wąskie przejścia między uliczkami
powodują, że na całych ulicach nie spotka się samochodu. Z wysokiego brzegu
Duero rozpościera się wspaniała panorama Starej Kastylii. Wieczorna msza święta
była odprawiana w Kościele Św. Piotra, w której uczestniczyło kilkudziesięciu
wiernych. W znakomicie wyposażonej kuchni przygotowałem doskonałą kolację. Po
wspaniałych doznaniach duchowych tego dnia udałem się na spoczynek podziwiając
niesamowite wnętrze alberghe.
25 kwietnia Tordesillas – Mota del Marques
Noc
była spokojna bez żadnych hałasów Ze snu budzik wybudził mnie o 6.15.
Podnosiłem się i ubierałem powoli, ale przed siódmą rano byłem już na mieście.
W spotkanym otwartym barze ustawiła się długa kolejka mężczyzn, dlatego
poszedłem dalej, ale otwartego baru i sklepu po drodze już nie spotkałem. Szlak
przeprowadził mnie nad autostradą i dalej w kierunku na Benavente.

W Villavieja
del Cerro o barze i sklepie nikt nie słyszał. Dobrze, że była wczesna pora i
słońce wyłaniało się dopiero znad horyzontu. Droga żwirowa, którą szedłem
tworzyła coś w rodzaju wąwozu spotykanego w krajobrazie lessowym. Posiadałem
dwa pomarańcze i jednego z nich spożyłem, i w czasie konsumpcji minęły mnie dwa
samochody osobowe pełne ludzi. Gdy zza mijanego wzgórza ukazało się Bercero to
odmówiłem różaniec. Wioska była dosyć rozległa, ale baru i sklepu tu również
nie było. Miejscowy kastylijski chłop poinformował mnie, że około 12.00 przyjeżdża
tu sklep objazdowy, a nie było jeszcze godziny dziewiątej. Szlak camino
przybliżył się do autostrady i na horyzoncie ukazała się tablica wskazująca na
stację paliw. Po przejściu 2km okazało się, że znajduje się po drugiej stronie
autostrady i musiałem obejść się smakiem.
 |
Widok z góry zamkowe w Mota de Marques |
Po dalszej godzinie marszu dotarłem
do Vega de Valdetronko i na moje szczęście pewien autochton skierował mnie na
stację paliw, gdzie zakupiłem jedynie wodę mineralną. Podniesiony na ciele i wzmocniony
duchem ruszyłem dalej i o 12.30 dotarłem do celu. W sklepie za mineralną i zumo
pinto Pani wydoiła ode mnie 2.70€. Jeszcze większym zaskoczeniem był bar, gdzie
za kawę z mlekiem i tostados, starszy jegomość zawołał 5€, a lokal był obskurny
przypominający nasz geesowski. Miłym zaskoczeniem było alberghe, którym
opiekowała się młoda kobieta. Schronisko to jest donativo i czysto utrzymane.
Jedynym mankamentem jest brak kuchni. Wioska położona jest u stóp wzgórza, nad
którym znajdują się ruiny zamku, a poniżej ruiny Kościoła. Ze szczytu tego
wzniesienia mogłem podziwiać rozległą panoramę. Widać stąd odległe miejscowości
i samotne Ermity. Kościół w wiosce jest popękany i zaniedbany, ale jego ogrom
przytłacza.
 |
Tajemniczy pałac z XVIw |
Niestety tego dnia był zamknięty i nie wiem jak prezentuje się
wewnątrz. Znajduje tu się jeszcze XVI wieczny pałac, który jest niedostępny dla
osób postronnych. Zamek i Kościół na wzgórzu to nieodwracalne ruiny, ale nadają
temu miejscu wiele tajemniczości. W drugim barze za lampkę wina i spodek
niejadalnego ścięgna zapłaciłem 6€. Cztery dni wcześniej w Gotarrendura za dwie
lampki i dwa spodki przekąski zapłaciłem 2€, ale co kraj to obyczaj. Bardziej
podłej wsi nie spotkałem dotąd w całej Hiszpanii, a przeszedłem ją wzdłuż i w
szerz. Widocznie oba bary walczą o przetrwanie, ale chęć wyzysku obcych chwały
im nie przynosi. W otwartym sklepie za 5,5€ zaopatrzyłem się na wieczór i rano,
w tym w czerwone wino, aby zapomnieć to, co złe.
 |
Bliskie spotkanie na drodze |
Wieczorem zaplanowałem, że
następnego dnia odwiedzę San Cebrian de
Mazote i Uruenę, prawdziwe perły średniowiecza zapomniane przez ludzi.
Stanowczo odradzał mi pójście tam hospitalero z Tordesillas, bo to nie na
camino, ale Hiszpanie porzucili Boga, to i porzucają swoje dziedzictwo
historyczne. Już po zachodzie słońca zrobiłem rekonesans badając ścieżki
wychodzące w tamtym kierunku.
26
kwietnia Mota del Marques – San Cebrian
de Mazote – Uruena – San Pedro de Latarce
W
nocy ciszy nie zakłóciło nawet szczekanie psa. Wstałem przed 6.00, aby podołać wyzwaniom.
Do San Cebrian de Mazote udałem się polną dróżką wychodzącą prosto z
miasteczka. Na bezchmurnym niebie nie zgasły jeszcze wszystkie gwiazdy. Z dala
na autostradzie przemieszczały się wielkie tiry, ale było widać jedynie blask
ich reflektorów. Widoczność była stosunkowo słaba i gdy pół kilometra przed
sobą zobaczyłem trzy potężne postacie, to pomyślałem, że pasą się tam byki.
 |
Mozarabski Kościół z Xw - San Cebrian de Mazote |
Po
dojściu okazało się, że są to zwykłe cierniste krzewy, ale strach ma wielkie
oczy. Piaszczysta dróżka zaprowadziła mnie przez mostek prosto do osady.
Zobaczył mnie tu pewien dziadek wyruszający w pole i mocno się przestraszył
widząc mnie, bo rzadko się pewnie zdarza, by ktoś o tej porze pojawiał się
wychodząc z lasu. Na miejscu byłem już za 10min ósma. Przez pół godziny mojego
pobytu nie spotkałem tu żadnej osoby, jedynie dwa bure koty. Słynny Kościół w
stylu mozarabskim cel mojej wizyty otwierany był dopiero o 11.00, a nie mogłem
tyle czasu czekać. Oprócz Kościoła jest tu budowla coś w rodzaju zamku. Od
Urueny dzieliło mnie 9,5km.
 |
XII-wieczny Ermita |
W czasie marszu mijał mnie tylko jeden samochód.
Teren po obu stronach szosy to ogrodzone pastwiska z gęstymi krzewami. Z
nieznanych mi powodów tuż przy drodze wybudowano kamienne słupy w kształcie stożka. Kilometr przed
Urueną znajduje się Ermita Zwiastowania Matki Bożej z XI wieku robiący duże
wrażenie ze względu na swój niesamowity kształt. Z zewnątrz bardziej mnie
zachwycił niż słynny Kościół w Liebana na terenie Kantabrii. Równie wielkie
wrażenie robią mury obronne Urueny położone na wysokim wzgórzu. Z trudem się tu
wspiąłem i w bramie spotkałem miejscową kobietę, która oprowadziła mnie po
najważniejszych miejscach miasteczka. Otwarty był tu z rana restauran z
urządzonym bardzo stylowo wnętrzem, a ceny w nim normalne.
 |
Średniowieczne mury Orueny |
Prowadzi go pewnie
miejscowa rodzina. Wszedłem do muzeum i straciłem 2€, bo ekspozycja była
bezsensowna przedstawiająca bohomazy jakiegoś modernistycznego artysty, który
widocznie pochodził z tych okolic. Budynki wzdłuż ulic są tu raczej współczesne
i nic specjalnego. Pewnie tylko układ urbanistyczny jest niezmieniony od czasów
średniowiecza. Przekleństwem starych miast były pożary, które niszczyły
wszystko i tak było i tutaj. Zachował się XVI wieczny Kościół pod wezwaniem
Santa Marie de Azogue, ale był zamknięty. Czynna była poczta i zakład masarski,
w którym zaopatrzyłem się w moje ulubione surowe kiełbaski salchichas crudas.
 |
Tradycyjny Bar w Oruena |
Po raz drugi spotkałem tą samą kobietę i
wskazała mi najkrótszą drogę w kierunku autostrady. U podnóża murów mogłem
podziwiać rolniczy krajobraz Tierra de Campos, na którym wznoszą się zalesione
wzgórza. Bez problemu doszedłem do Camino de Sureste, które omijało Villardefrades
jedyne miasteczko mijane na tym etapie. Przed San Pedro de Latarce znajduje się
niewielki Ermita de la Virgen de la Boveda, przy którym odpoczywał miejscowy
chłop, który został spłoszony moim widokiem. Ja również usiadłem na chwilę w
jego cieniu, bo to idealne miejsce dla umęczonego pielgrzyma. W miasteczku
spotkałem mężczyznę w białym fartuchu, którego zapytałem o alberghe.
Zaprowadził mnie pod pewne mieszkanie i zakołatał pięścią we drzwi, ale „sezam”
się nie odezwał. Kazał czekać, aż pojawi się Pani, opiekun schroniska.
 |
Ulica Urueny |
Po 20min
zjawiła się kobieta i zaprowadziła mnie do alberghe schludnie utrzymanego, ale
bez kuchni, chociaż w podwórku był murowany grill. Wszedłem do najbliższego
baru, gdzie młody barman lekko na rauszu za bezcen serwował mi różne miejscowe
specjały. Jakaż była różnicą między tą miejscowością, a poprzednim moim
noclegiem. W innych barach było pełno starszych mężczyzn. Spotkałem tu aż trzy
otwarte sklepy. Była to pierwsza zagubiona miejscowość na mojej tegorocznej
trasie tętniąca życiem. Iglesia Santa Maria de la Concepcion trwa tu od
pięciuset lat i cały dzień była otwarta. Niezwykła rzadkość na terenie
Hiszpanii. W jej grubych murach można odpocząć od upału i poświęcić się
modlitwie w zupełnej ciszy. Przy drzwiach wejściowych jest wykaz codziennych
nabożeństw.
 |
Mały Ermita - dobre miejsce na odpoczynek |
Na ścianie frontowej umieszczona jest tablica z nazwiskami
mieszkańców, którzy zginęli w wojnie, broniąc kraj przed komunizmem. Najwięcej
żołnierzy zginęło pod Teruel, gdzie komuniści ponieśli decydującą klęskę.
Miejscowy zamek wygląda ohydnie, brzydszej budowli nie widziałem w całej
Hiszpanii i nie da się na niego patrzeć. Zadziwiła mnie płynąca tu rzeka
Sequillo. W przezroczystej tu wodzie natrafiłem na tarło pstrągów, które nie
niepokojone przez nikogo odbywały tu istne harce. W Polsce nie uszłoby im to na
sucho i taki widok jest nie do pomyślenia. Poinformowano mnie, że następnego
dnia nie będę miał po drodze żadnej miejscowości, dlatego dokonałem niezbędnych
zakupów.
 |
Mieszkańcy San Pedro de Latarce polegli w walce z komunizmem |
Na wieczorną mszę świętą przyszło niewiele osób, ale widocznie byli
tylko zainteresowani daną intencją. Wieczorem znowu zaszedłem do tego samego
baru. Kilkanaście miejscowych kobiet uprawiało jakąś dziwną grę. Zauważyłem, że
wielu mężczyzn przemieszcza się z baru do baru na pogawędki, ale jest to chyba
lepsze niż siedzenie w domu przed telewizorem, a tak utrzymują się kontakty
międzyludzkie. Na ekranie telewizora był mecz Arsenal – Atletico i zamówiłem
wino. Później miejscowy dżentelmen zafundował mi również taką samą porcję
trunku. Do wina podawane były różne przystawki. Niezwykle zadowolony udałem się
na nocny spoczynek.
`27
kwietnia San Pedro de Latarce – Villalpando
Gościnne
San Pedro de Latarce opuściłem po godzinie ósmej. Pobyt w tej miejscowości
będzie zapewne najlepszym wspomnieniem z tegorocznego camino. Wszystkie bary
były zamknięte, dlatego musiałem bez ciepłego posiłku zaczekać do godzin
popołudniowych, ponieważ cała trasa wiodła bezdrożami. Żwirowa droga była
szeroka na tyle, że dwa pojazdy mogły się na niej bez problemu mijać. Na polach
zieleniło się zboże lub kwitł rzepak.
 |
Brama do Villalpando |
Spotykałem jednak ogromne ciągniki
spulchniające glebę pod świeże zasiewy,
ale nie wiem, co można siać w tym klimacie pod koniec kwietnia. W pewnym
momencie pojawił się las z bujnym jak na warunki hiszpańskie poszyciem.
Widocznie zaznacza się tu wpływ oceanu powodujący wyższe opady. Zauważyłem
wiele nowych nasadzeń, a obok drogi były rozrzucone łuski po amunicji
myśliwskiej. Po wyjściu z lasu na horyzoncie pojawiły się silosy kombinatu
rolniczego. Za kolejnym wzgórzem można było dojrzeć Villalpando. W pewnym
momencie zza samotnie stojącej stodoły zaatakował mnie wielki pies.. Było to
jednak mądre psisko, ponieważ nie wybiegło na drogę, tylko chroniło obiekt
przed intruzami. Przed miasteczkiem przeszedłem wiaduktem nad autostradą Norte,
czyli Północ. Zgubiłem oznaczenie strzałek, dlatego kierowałem się do centrum.
 |
Plaza Mayor w Villalpando |
Plaza Mayor jest tu niczego sobie, wręcz jedna z ładniejszych na całym camino.
Pomimo pory obiadowej to zaszedłem do jednego z barów na typowe śniadanie, po
czym udałem się do ayuntamiento. Nie było tu żywego ducha, dopiero gdy
zastukałem do jednego z pokoi, to Pani przybiła mi sellos i na mapie wskazała
miejsce kluczy. Pan z hostelu spisał dane i gratisowo wręczył klucze. Alberghe
tutejsze jest nieźle wyposażone, ale jest zaniedbane, bo nikt tu nie sprząta.
Obszedłem Villalpando, bo to niezbyt rozległe miasto, które posiada kilka
zabytków, w tym resztki potężnych murów obronnych. Są tu dwunastowieczne Kościoły
w stylu mudejar, ale w żadnym z nich nie było odprawianej mszy, dlatego pewnie
były zamknięte, bo i turyści tutaj nie zaglądają.
 |
Styl mudeyar w Villalpando |
W klasztorze Św. Antoniego z
Padwy siostry zakonne prowadziły różaniec, a następnie inne modlitwy i śpiewy. Układ
ulic pochodzi pewnie z średniowiecza, bo wyraźnie zaznaczona jest linia murów
obronnych. Już wieczorem z okrzykiem na rynek wpadło kilkanaście osób, a każda
z nich trzymała jakichś sztandar. Trudno
określić jaki cel miała ich akcja, ale sądząc po wyposażeniu to wędrują oni od
miasteczka do miasteczka niczym średniowieczni biczownicy. Na krańcach
Villalpando znajdują się resztki zamku, ale nie ma tu już co ratować. Miasto to
jest zadbane i godne polecenia dla osób szukających spokoju, a którzy chcą
obcować z historią i kulturą Hiszpanii.
28 kwietnia Villalpando – Benavente
Rankiem
udałem się do hostelu, aby oddać klucze do alberghe. Zastałem tu wielki ruch,
ponieważ duża liczba ludzi, która tu nocowała, szykowała się do drogi.
Prawdopodobnie byli to wczorajsi demonstranci ubrani w stroje sportowe, z czego
wnioskowałem, że będą biegać, albo jechać rowerami, chociaż takich pojazdów nie
widziałem. Spożyłem tu desayuno na słodko, ponieważ były tu tylko wyroby
cukiernicze. Po gorącej kawie z mlekiem z dużą energią ruszyłem na trasę.
 |
Festyn rzemiosła w Benavente |
Niebo
było całkowicie zachmurzone, dlatego odczuwałem pewien chłód. Mijane
miejscowości jak: Cerecinos de Campos San Esteban de Molar były puste i nikogo
tu nie spotkałem, a wszystko było pozamykane. Moją uwagę zwrócił jedynie
Kościół w drugiej z tych miejscowości ładnie położony ze zgrabną sylwetką.
Krajobraz wokół był rolniczy, bo dookoła zieleniły się łany zbóż. Przed
Benavente przechodziłem długim mostem nad Rio Esla. Miasto to położone jest na
wzgórzu i aby tam się dostać trzeba pokonać długie podejście. Przywitał mnie tu
odlany z brązu posąg rolnika ciągnącego rogatego byka. Zaraz dalej przywitała
mnie romańska sylwetka Kościoła San Juan del Mercado. Spieszyłem się jednak,
aby zdążyć przed zamknięciem Oficyny de Turismo.
 |
W Kościele San Juan del Mercado |
Na Plaza Mayor odbywał się
festyn, ponieważ była sobota. Przechodząc obok sklepu masarskiego nie mogłem
oprzeć się surowym kiełbaskom. Posilony na ciele obszedłem stoiska
przedstawiające dawne zawody. Osób zwiedzających te wystawy było stosunkowo
niewiele, tak jakby to była sztuka dla sztuki. Dziewczyna w oficynie pobrała niewielką
opłatę i wręczyła klucze, później coś tłumaczyła, ale do końca nie zrozumiałem,
gdzie mam je wrzucić. Zauważyłem, że górne piętra kamienic wokół Plaza Mayor
były niezamieszkane. Jedna z wąskich ulic starówki była pełna sklepów i panował
tu duży ruch pieszych. Bary i winiarnie były zapełnione klientami.
 |
Zamek hrabiów Benavente |
Alberghe
mieści tu się w starej stacji kolejowej, ale torów już tu nie ma. Schronisko to
jest bardzo dobrze wyposażone z lodówką i działającą kuchnią. Zdziwiło mnie
tylko, że nocowałem sam, ponieważ dotarłem już do Camino via de la Plata,
którym o tej porze roku podróżuje wielu turystów, ale widocznie skręcają oni na
Camino Sanabres. Obszedłem Benavente wokół i oczy wszystkich przyciąga Wieża
Zamkowa w stylu gotycko-renesansowym, która zwisa nad wysoką skarpą. Na uwagę
zasługuje tutaj również modernistyczna fasada teatru. Wróciłem na festyn, by
podziwiać umiejętności tkackie prezentowane na jednym ze stanowisk.
 |
Romański
Kościół Santa Maria del Azogue |
W Iglesia
San Juan del Mercado odbywała się wieczorna msza święta, a wnętrze tego
Kościoła musi budzić szacunek. Po ciekawym dniu wykorzystałem kuchnię i
przyrządziłem kolację zakrapianą winem.
29 kwietnia Benavente – Santa Marta de Tera – Calzadilla
de Tera
Dojście
do Benavente było wykonaniem planu minimum, jaki zakładałem przed pielgrzymką.
Do dyspozycji pozostało mi trzy dni, które musiałem zapełnić. Już w Tordesillas
hospitalero poinformował mnie, że istnieje opcja Camino Sanabres z Benavente,
tak iż nie muszę dostać się do Granja de Moruela. Rano nie musiałem się
śpieszyć, bo była niedziela i pierwsza msza święta odbywała się w romańskim
Kościele Santa Maria del Azogue o godzinie 10.00. Klucz postanowiłem oddać w
Oficina de Turismo, aby nie stwarzać niepotrzebnych problemów. Ulice były
zupełnie puste, jedynie od czasu do czasu jakiś pan prowadził pieska. Śniadanie
skonsumowałem w otwartym hostelu, bo wszystkie bary były pozamykane. Dziewczyna
w informacji turystycznej zjawiła się za pięć dziesiąta, dlatego bez problemu
zdążyłem na mszę.
 |
Krajobraz Sanabrii |
Kościół ten posiada wspaniałe portale i jest uznanym
zabytkiem architektury. Po mszy świętej próbowałem robić zdjęcia wewnątrz, ale
jeden Pan zwrócił mi delikatnie uwagę. Opuszczając miasto wstąpiłem do
otwartego baru na gorącą kawę i Pani starała się mnie namówić na większy
poczęstunek, ale nie było jeszcze pory. Za Benavente krajobraz totalnie się
zmienił. Rosła tu bujna roślinność niczym w Polsce, a ziemia miała
rdzawo-czerwonawy kolor, prawdopodobnie od rud żelaza. Wiele drzew tu kwitło, a
i łąki były zielone pełne bujnego życia. Zaszedłem do mijanego otwartego
Kościoła, który szykowany był do mszy świętej o godz. 12.00.
 |
Przed Sanktuarium Santa Marta de Tera |
W czasie marszu
towarzyszyła mi rzeka Rio Tera, która
ciągle zmieniała swoją szerokość, ponieważ woda przelewała się przez podłużne
kaskady. Obszar był doskonale zagospodarowany, bo występują tu liczne sztuczne
kanały nawadniające pola w porze suchej. Mijane wiejskie Kościółki posiadają
zewnętrzne schody do dzwonnicy, skąd można podziwiać okolicę. Występuje tu o
wiele większe zagęszczenie ludności, o czym świadczyły liczne winne piwnice. Na
ukwieconej łące stał samotny Ermita, przy którym spożyłem niesione zapasy. W
jednej z wiosek wstąpiłem do baru, a tu tłum ludzi i wszystkie krzesła zajęte.
Głupio było uciec i przy samym barze siedząc na wysokim stołku wypiłem smaczną
kawę z mlekiem. Zmęczony kilkugodzinnym wysiłkiem dotarłem do Santa Marta de
Tera. Sanktuarium było otwarte i od razu uklęknąłem do modlitwy i wtedy
pojawiło się dwóch idiotów, którzy prześmiewczo śpiewali hymn Alleluja. Byli to
ludzie z obcego kraju, którzy szli camino.
 |
Romańskie elementy Sanktuarium |
Pani hospitalero powiedziała, że
wszystkie miejsca noclegowe są zajęte, ale załatwi mi podwózkę do najbliższego
hotelu. Czekając na transport Pani oprowadziła mnie po kościelnym muzeum. Była
tu młoda para, którzy wzięli mnie do samochodu i podwieźli do Camarzana de
Tera. Nie wiedziałem co robić, dlatego wstąpiłem do najbliższego baru na dwie
lampki smacznego wina. Przy sąsiednim stoliku siedziała para, blondynka i
wysoki Pan. Po wyjściu z lokalu podszedł do mnie Pan i zapytał, w czym może
pomóc. Powiedziałem, że szukam „rzymskiej willi”, a on wskazał mi kierunek. Na
miejscu czekała już na mnie Pani i z opłaconym biletem zaczęła oprowadzać po
ocalonych rzymskich mozaikach, objaśniając znaczenie przedstawionych tu
symboli.
 |
Rzymskie mozaiki w Camarzana de Tera |
Po wyjściu nie wiedziałem, co jest grane, a i tak hotel był dla mnie
za drogi. Słońce schowało się już za horyzontem i szybkim krokiem ruszyłem
przed siebie. Po ponad godzinie marszu dotarłem do Calzadilla de Tera i
spotkałem tu starsze małżeństwo, które zaprowadziło mnie do jednego domu.
Wyszedł starzy Pan z kluczami i wziął mnie do alberghe, ale kluczy nie dał,
widocznie miał złe doświadczenia. Schronisko było czyste, chociaż bez kuchni.
Drzwi zawiązałem markową sznurówką firmy Asolo i tak gratisowo spędziłem tę
noc.
30 kwietnia Calzadilla de Tera – Otero de los Centenas –
Mombuey
Rankiem
obudziły mnie dwie jaskółki stukające do okna. Tego dnia miałem zaplanowane
znaczne odejście od szlaku, aby zwiedzić Kościoły zbudowane w tzw. „romańskim
stylu ludowym”, ale strona internetowa, na której je znalazłem wydawała się
mało przekonująca. Przez pierwsze kilometry szlak prowadził historyczną VIA ROMANA XVII. Zanosiło się na deszcz
i w oddali między domami przenikały dwie postacie w jaskrawych pelerynach, ale
poruszały się każda osobno.
 |
Bajkowa przyroda na camino |
Szukały pewnie sklepu lub baru, ale w tej okolicy
nic takiego nie było. Tuż przy drodze stał wielki samotny Ermita, który miał
otwarty przedsionek i służył prawdopodobnie za Kościół parafialny. Dalej stała
zabytkowa chata z podcieniem i w razie deszczu mogła doskonale służyć podróżnym.
Ciekawym rozwiązaniem architektonicznym były dobudowane ukośne mury
wzmacniające ściany nieforemnego Ermity, który tak zabezpieczony przetrwa
niejedno pokolenie. Roślinność wokół była bujna i szlak w pewnym momencie
skręcał w takie zarośla. Jakaś kobieta nakryta peleryną nie mogła zdecydować
się czy iść zgodnie ze strzałkami, czy asfaltem, ale je tych wątpliwości nie
miałem. Teraz znalazłem się w krainie z dawnych legend. Ścieżka była wąska, a
wszystkie drzewa były omszałe, nawet mech przykrywał wystające skały.
Tajemniczość miejsca pogłębiał wartki nurt rzeki, do którego szlak wręcz
dotykał. W ten sposób doszedłem do zapory wodnej, z której podziwiałem Embalse de Ntrea. Sra. Del Argavanzal.
 |
Santuario Virgen de la Carballeda |
Po
drodze nie było ani sklepu, ani baru, dlatego uciszyły mnie napisy kierujące na
gorącą kawę. Okazało się, że w wyludnionej wiosce pewni młodzi ludzie prowadzą
alberghe i częstują podróżnych. Kawa była rozpuszczalna, a za przekąskę służyły
ciasteczka. Niedługo potem doszedłem do Rionegro del Puente, gdzie najpierw
wstąpiłem do Santuario Virgen de la Carballeda, a później do czynnego baru.
Zabarłożyłem tu dłużej, ponieważ padał deszcz, a ja chciałem stąd odbić od
szlaku. Opad ustał, a ja przedzierałem się przez wrzosowiska z widokiem na
ośnieżone szczyty Sierra Cabrera Baja. Ciekawostką było, że szedłem wzdłuż
prywatnej rzeki i napisy ostrzegawcze informowały, że nie wolno jej
przekraczać. Dopiero, gdy dotarłem do budowanej szosy, to mostem mogłem ją
przejść. Na murach Kościoła nie było żadnych tablic informacyjnych, a wizualnie
nic nie wskazywało na styl romański. Była to budowla prawdopodobnie po wielokrotnych
przeróbkach.
 |
Wrzosowisko na wzgórzach Sanabrii |
Spotkany autochton montujący grabie wskazał mi najkrótszą ścieżkę
do Mombuey, a po dotarciu na miejsce endomondo wskazywało 32,09km w nogach.
Mombuey to prawdziwa metropolia z czynnymi sklepami i barami. Bar, do którego
wszedłem obsługiwała Murzynka, która szybkimi ruchami doskonale sobie radziła z
obsługą klientów. Zaszedłem do alberghe i po słowach „soy de Polonia” usłyszałem
„nareszcie mogę porozmawiać z kimś po Polsku”. Była to emerytowana pielęgniarka
z Wrocławia doskonale znająca hiszpańskie realia. Po południu udałem się
jeszcze do Otero de los Centenos, gdzie ścigałem się goniącą mnie ciemną chmurą
altocumulus.
 |
Kościół Kościół Wniebowzięcia NMP w Mombuey |
Przed wieczorem do
miejscowego Kościoła pewna babcia niosła kwiaty. Kościół Wniebowzięcia NMP to
prawdziwy rarytas, bo jego wysoka wieża pochodzi aż z XIII wieku i przypisywana
jest Templariuszom. We mszy oprócz nas Polaków uczestniczyły tylko cztery
miejscowe niewiasty, ale to był poniedziałek. Po mszy pomogłem Paniom przenieść
średniowieczną figurę Najświętszej Marii Panny w miejsce, gdzie był odmawiany
różaniec, ponieważ zaczynał się maj. Był to mój najlepszy uczynek, jaki
dokonałem w czasie całej podróży. Schronisko tutaj jest czyste, ale bez kuchni,
a opłata donativo. Pomimo tych zalet turystki z Holandii poszły spać prywatnie
za 15€, ale stać ich na to, a ponadto popierają miejscowy biznes.
1-2 maja Mombuey – Puebla de Sanabria – Zamora –
Madryt
Zbliżający
się odlot samolotu spowodował, że musiałem dostać się do większego miasta
mającego połączenie z Madrytem. Wyszedłem wcześnie rano na autobus do Zamory, a
tu nic. Miejscowy człowiek poinformował mnie, że jest sjesta i nic nie kursuje,
że dzisiaj nawet szkolne autobusy nie jeżdżą. Z mapy wydedukowałem, że z Puebla
de Sanabria kursują pociągi, którym święto nie przeszkadza. Dojście pieszo zajęłoby
kilka godzin, dlatego próbowałem okazji, ale bezskutecznie. Osoba dobrze
poinformowana powiedziała mi, że przed południem jest jeden autobus, co okazało
się prawdą. Puebla de Sanabria zrobiła niesamowite wrażenie.
 |
Malownicze położenie Puebla de Sanabria |
Jest to miasteczko
żywcem wyjęte z bajki. Położone na wysokiej skale, do którego prowadzi wąski
przesmyk z jednej strony. Otoczone jest murem i posiada zamek, a nie ujrzy tu
się żadnego asfaltu. Kościół i domy już w czasach Torquemady uznawane były za
wiekowe. Dzisiaj nastawione jest na turystów, o czym świadczą liczne witryny
sklepowe, a wiele eksponatów wystawionych jest na zewnątrz, niczym u nas na
odpustach. Bar, do którego zaszedłem miał zwyczajne ceny, znacznie niższe niż
nad oceanem. Natrafiłem na jakąś miejscową uroczystość. Kilku mężczyzn
przebrało się w historyczne stroje, a inni nieśli chorągwie. Jeden z
uczestników poinformował mnie, że nie będą świętować w jednym z romańskich
Kościołów starówki, a cała procesja wyruszy do Ermity Veracruz położonego 1km
od centrum. Szedłem tam wzdłuż kamiennego płotu i towarzyszył mi źrebak, który
zza ogrodzenia ciągle wychylał głowę.
 |
Uliczka w Puebla de Sanabria |
Odbyła tu się jedyna msza w czasie całego
camino, gdzie Kościół był wypełniony po brzegi wiernymi w różnym wieku, w tym
wiele dzieci. Część osób świętowała z tyłu Kościoła grillując i popijając
trunki. Ciekawostką jest, że najbliższe miasto znajdowało się w Portugalii i
była to Braganca, do której prowadzi kręta droga. Niemiłym zaskoczeniem była
cena biletu na pociąg, bo za dystans 100km zapłaciłem około 20€, a kiedyś za te
pieniądze przejechałem pół Hiszpanii. Stacja i perony w Puebla de Sanabria są
prosto spod igły i zbudowane w specyficznym lokalnym stylu. Tren el rapido
jechał stosunkowo powoli, dzięki czemu mogłem podziwiać górski krajobraz
Sanabrii.
 |
Uroczysta fiesta |
Po dotarciu do Zamory udałem się na dworzec autobusowy, gdzie za 17€
kupiłem bilet do Madrytu. Alberghe w Zamorze był pełne caminowiczów, ale i dla
mnie znalazło się miejsce na piętrowym łóżku obok zwinnej Japonki. Na starówce
była fiesta i wszystkie sklepy były zamknięte, ale otwarto Kościoły do
zwiedzania. Po przepiórce przed podróżą udałem się na miasto, bo chciałem
zobaczyć wnętrza romańskich świątyń. W Kościele Santa Maria la Nueva odmawiałem
różaniec i nikt ze zwiedzających nie przeszedł obok mnie, ponieważ wszyscy
uszanowali miejsce modlitwy. Spotkałem trzech pielgrzymów z Włoch, którzy podróżowali rowerami. Ugotowali olbrzymi garnek zupy i gdy dowiedzieli się, że jestem z Polski, to mnie poczęstowali. Wynika z tego, że istnieje nić sympatii Włochów do Polaków, bo nie byli już tak gościnni w stosunku do innych nacji. Połowa osób nocujących ze mną w pokoju zabarłożyła
w nocy i nie słyszałem nawet, kiedy wróciła Japonka. Rano szybko zwinęła śpiwór
i ruszyła na Camino via de la Plata.
 |
Dworzec kolejowy w Puebla de Sanabria |
W autobusie miałem pewne obawy, czy nie
zostawiłem sobie za mało czasu na dotarcie do lotniska. Z dworca autobusowego
przy Mendez Alvaro w 45minut dotarłem do terminalu nr 2. Linie Ryanair nie serwują darmowych posiłków,
bo bilety są bardzo tanie, dlatego ja, gdy inni konsumują ucinam sobie drzemkę.
Samolot w Modlinie wylądował przy szybko zachodzącym słońcu, a gdy już
odebrałem bagaż to zapadły ciemności. Na szczęście odwody wysłane mi na pomoc
odnalazły mnie i przed północą znalazłem się w domu.