Po kilku miesiącach przygotowań
wyruszyłem na kolejne camino. Tym razem zaplanowałem zwiedzanie Kraju Basków i
sanktuariów w okolicach Burgos. O wszystkich obiektach ściągałem informacje
internetowe, jedynie miałem problemy ze znalezieniem szlaków pieszych przez
górskie ostępy. Ze sprzętu zaopatrzyłem się w buty Asolo Mustang GV, ponieważ
poprzednie pary obuwia doznały zbyt dużego uszczerbku, oraz pelerynę, bo
poprzednią wyrzuciłem do kosza w Salamance. Formę przygotowywałem biegając na
nartach oraz uczestnicząc w Nocnych Ekstremalnych Drogach Krzyżowych, jak
również urządzałem sobie spacery po lesie, by dotrzeć nowe obuwie. Właściwą
trasą miało być Camino de Vasco z małymi i większymi korektami. Jak wiadomo z
naszych planów Pan Bóg, by się uśmiał i opatrzność przewidziała własny plan.
7.04.2016 Pionki-Madryt
Na przystanek autobusowy
podwiozła mnie pani Ania, która jechała do pracy w Radomiu. Autobus kursowy do
Warszawy jechał bardzo wolno. Po drodze wsiadł do niego były mój uczeń, który
miał grać w bundeslidze, a został uczniem w Nowym Jeruzalem. Wysiadłem przy
metrze Wilanowska, ale autobus linii 331 kursuje jedynie rano i popołudniu,
dlatego na lotnisko wyruszyłem pieszo.

Przy sobie miałem tylko mały plecak,
dlatego od razu na lotnisku skierowałem się do kontroli. Co ciekawe nikt nie
żądał ode mnie dokumentu tożsamości. W samolocie boeing 737 siedziała obok mnie
babcia z wnuczkiem, któremu ustąpiłem miejsce przy oknie. Przez całą podróż
niebo było zachmurzone i obserwacja ziemi była niemożliwy. Samolot miał
problemy z lądowaniem, bo ciągle podskakiwał jak żelazny wóz na wybojach, a
mnie od tego zaczęła pękać głowa. Po wylądowaniu postanowiłem udać się na
główny dworzec autobusowy, aby nabyć nocny bilet do San Sebastian. Do linii
metra nr 6 wsiadłem w przeciwnym kierunku i zamiast 6 stacji musiałem pokonać
ich aż 14.
 |
Oznaczenie camino - po baskijsku i po hiszpańsku |
Gdy szczęśliwy dotarłem na miejsce, to pani w okienku powiedziała,
że autobusów do San Sebastian tu nie obsługują, a muszę podążyć do podziemnego
dworca przy Avda de America. Tą sama linią szybko tam dotarłem i wykupiłem
bilet za 36,78€ na godzinę 0.30, aby po drodze móc nieco ukraść snu i nie
płacić za nocleg. W pierwszym sklepie spożywczym zakupiłem bułkę i 3 puszki
rybek, a pani nawet wręczyła mi plastikową łyżkę, bym miał czym jeść. Siedząc
na ławce zauważyłem, ze prawie wszyscy przechodnie chodzą bez skarpet, ale za
to w czapkach i szaliku i przy tym kaszłą.
 |
Najcenniejszy skarb Basków |
Widocznie skarpetki stały się nowym
świeckim wrogiem wartym pogardy, a choroby przecież biorą się od nóg.
Zauważyłem, że Afroiberyczycy mają mocno owłosione nogi, co świadczy, iż
mieszkańcom Afryki bliżej do natury. Czekając na autobus nawiązał ze mną
kontakt pewien Arab, który przyleciał z Kataru. Był to miły człowiek, ale troszeczkę
nerwowy. Czekaliśmy na ten sam autobus. Po drodze autobus zatrzymywał się w
trzech miastach: Burgos, Viktorii i w mieście, którego nazwy nie kojarzę,
ponieważ przysypiałem. Katarczyk często dopytywał się o San Sebastian, bo nie
orientował się w odległości.
8
kwietnia Madryt-San Sebastian-Irun-Hondarribia
San Sebastian przywitało mnie
deszczową pogodą. Dzięki Bogu został wybudowany dworzec autobusowy, którego
siedem lat wcześniej nie było. Poczekałem godzinę i o 8.00 ruszyłem na miasto. Obchodziłem
ulice starówki i oglądałem witryny sklepowe.
 |
Poranek w San Sebastian i czuwająca nad miastem figura Chrystusa |
Deszcz przestał padać przed
godziną 9.00. W San Sebastian znajduje się bardzo nowoczesna Oficina de
Turismo, po baskijsku Bulegoa Turismo. Dotykając
szyby można zaopatrzyć się w materiały turystyczne, ale moja próba zakończyła
się niepowodzeniem. Czekając na
otwarcie placówki obszedłem okolicę. Natrafiłem na jedyną budowlę ocalałą po
pożarze z 1813r., czyli gotycki Kościół San Vicente. Niestety był zamknięty i
chroniły go jeszcze grube żelazne kraty. Moją uwagę przykuła ogromna figura
Chrystusa – Sagrado Corazon de Jezus,
która na wysokim wzgórzu góruje nad miastem. Po otwarciu Oficyny grzeczny pan
zaopatrzył mnie w plan miasta i dosyć dokładną mapę Baskonii, skala 1:150 000.
 |
Słynna plaża Poncha |
Następnie postanowiłem udać się nad ocean, by zobaczyć słynną plażę Concza.
Piasek jest tu idealnie czysty, a na moich oczach specjalna maszyna wyłapywała
z piasku wszelkie zanieczyszczenia. Na koniec wszedłem do bazyliki Santa Maria.
Idealnie trafiłem na mszę świętą, bo zauważyłem księdza idącego do bocznej
kaplicy. Kaplica była wypełniona osobami w średnim wieku i jedną panią na wózku
inwalidzkim. Przy wyjściu pewna kobieta zwróciła mi uwagę, bym poprawił
sznurówki, była to uwaga bardzo życzliwa. Do Irun postanowiłem udać się lokalną
koleją Eusko Tren.
 |
Portal Kościoła Św. Marii |
Zaskoczyła mnie cena biletu, prawie 3€, a siedem lat
wcześniej było dwa razy taniej. Miłym zaskoczeniem w pociągu były pieśni, które
intonował młody Hiszpan, a potem zbierał dobrowolne datki. W Turismo Bulegoa
skierowano mnie do kancelarii parafii Św. Jakuba. Była ona otwarta, a weszła do
niej razem ze mną pani w średnim wieku z plecakiem, którą później więcej już
nie spotkałem. Posiadając paszport pielgrzyma raźno ruszyłem na zwiedzanie w
kierunku Hondarribia, aby zobaczyć to zabytkowe miasto. Po drodze chciał mnie
zawrócić pewien Bask, bo sądził, że zgubiłem szlak. Szybko wybiłem mu to z
głowy, a on polecił mi dotarcie do sanktuarium Guadelupe, które na szczycie
góry Monte Jaizkibel góruje nad okolicą. Hondarribia to stare miasto otoczone
obronnym fortem, które przez wieki chroniło północną Hiszpanię przed intruzami.
 |
Neogotycka katedra pod wezwaniem Dobrego Pasterza |
Stare wąskie uliczki robią wrażenie. Dojście do Guadelupe było dosyć
skomplikowane, a mapa nie obejmowała tego obszaru. Wspinałem się pod górę przez
aleję otoczoną lasem eukaliptusowym. Później pokonywałem kolejne stacje Drogi
Krzyżowej wśród betonowych krzyży. Uradowany wreszcie znalazłem się na szczycie
góry i ku mojej uciesze sanktuarium było otwarte. Była idealnie godzina 15.00 i
mogłem ze spokojem odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Droga powrotna
odbywała się przy lekko pokropującym deszczu. W alberghe powitała mnie miła
pani, a że było donativo to zostawiłem 5€. Tego dnia przeszedłem ponad 20km,
dlatego łatwo zasnąłem.
 |
Stylowa zabudowa z podcieniami - Hondarribia |
W pewnym momencie obudził mnie jakiś głos. Obok mnie
stał Aniołek i się uśmiechał. Była to Nadine francuska studentka z Grenoble w
stylowym kapeluszu i woalce wokół szyi. Szła z Bayonne i w 32 dni chciała
dotrzeć do Santiago de Compostela. Miała na nogach dobre wysokie buty, trochę
ubłocone, a na ramieniu zielony plecak średniej wielkości.
Po ponad godzinie przyniosła mi obiadokolację, którą osobiście
przyrządziła, a składała się ze spaghetti z różnymi dodatkami.
 |
Sanktuarium Guadelupe na górze Jaizkibel |
Przed snem
miałem okazję z nią porozmawiać w języku hiszpańskim, ale przy moich
umiejętnościach było to trudne. Zapraszała do Francji, chciała poznawać ludzi i
świat.
9.04 Irun-Hernani-Andoain
Ranek przywitał nas drobnym
deszczem. Wolontariuszka schroniska przygotowała skromne śniadanie składające
się z kawy, herbaty i mleka oraz ciasta i ciasteczek. Zawstydzili mnie młodzi
ludzie, którzy do skarbonki wkładali po 10, a nawet 20€, jedynie chłopak
wrzucił blaszaki.
 |
Cytryny na wyciągnięcie ręki |
Ja również wyskrobałem następne 5€, ale w zamian wziąłem
muszelkę pielgrzyma. Wszyscy nocujący poszli szlakiem północnym w kierunku San
Sebastian, jedynie ja ze starszym panem z Walencji wybraliśmy opcje Camino de
Vasco, którą przerabiałem od kilku miesięcy. Hiszpan wstąpił zgodnie z tradycją
pielgrzyma do pierwszego otwartego baru i tyle go widziałem. Trasa okazała się
wymagająca. Nie było możliwości odpoczynku dla nóg. Cały czas towarzyszyły
podejścia i zejścia. Wszystko było mokre, a przyczepność butów została
ograniczona.
 |
Deszczowa mgła nad Baskonią |
Na mokrych wygładzonych skałach i glinie, buty jeździły jak po
szkle. Czasami musiałem przytrzymywać się drutu kolczastego lub ciernistych
krzewów. Jak było wypłaszczenie to na łące, ale za to but od razu przesiąkał od
mokrej trawy. Nawet schodzenie po asfaltowych ścieżkach sprawiało trudności.
Ciekawostką jest, że asfaltowe drogi posiadają tu jedynie szerokość samochodu.
Na pastwiskach mijałem mnóstwo zwierzyny domowej, która również zmagała się z
deszczem. W tej części Baskonii nie było wcale zwartej zabudowy jedynie
pojedyncze zagrody wiejskie zwane caserios, a po baskijsku baserri. Co
ciekawego to na skrzyżowaniu dróg wszędzie hotele, restauracje i bary, czego
zupełnie brakowało w centralnej Hiszpanii.
 |
Smutny los zwierząt w niepogodę |
Wstąpiłem do jednego baru, gdzie
wykorzystałem mój mini słownik baskijski, robiąc dobre wrażenie na
gospodarzach. Kawa jest tu po 1,30€, a do tej pory płaciłem po 1€. Ceny
tostados tak jak wszędzie po 1,5€. W najwyższym miejscu etapu na wzniesieniu
położony jest Ermita de Santiagomendi. Wszedłem tu uradowany, ponieważ pod
zadaszeniem mogłem zdjąć plecak i pelerynę. Kiedy to zrobiłem, to nastąpił
sądny dzień, tak jakby Pan Bóg czekał, aż tu dotrę. Zerwała się ogromna
nawałnica, a krople wody wypełniały całe powietrze. Wszystko to trwało 20
minut, a później wszystko wróciło do normy. Na otwartym terenie nie zostałaby
na mnie sucha nitka. Po takim przeżyciu w ogóle nie zwracałem uwagi na
zabytkowe mijane miasteczka, jak choćby Hernani.
 |
Ratusz w Hernanii |
Jedynie co pamiętam to jakieś
dziwne rzeźby, które mijałem, ale ze względu na deszcz nawet nie robiłem fotek.
Przed Andoain ciągnęły się hale fabryczne, które w sobotni wieczór były
nieczynne. Po klucz do alberghe skierowano mnie na posterunek policji.
Funkcjonariusz na komputerze sprawdził moje dane i wydał mi klucz. W
supermarkecie dokonałem zakupów, tak że wieczór był bardzo udany. O godzinie
18.30 uczestniczyłem w mszy świętej w intencji zmarłej mieszkanki miasta.
 |
Nowoczesna rzeźba |
Kościół wypełniony był po brzegi, przynajmniej tysiąc osób, widocznie wszyscy
chcieli godnie pożegnać zmarłą. Na godzinę przed nabożeństwem do księgi
kondolencyjnej ustawiła się kolejka, bo wielu chciało dokonać wpisu. O
bogactwie miasta świadczą ruchome chodniki dla osób idących pod górkę. Takie
urządzenia spotykałem dotychczas tylko na lotnisku w Madrycie.cdn
10.04 Andoain-Tolosa-Beasain
Niedziela przywitała mnie czystym
słońcem. Na niebie nie było nawet jednej chmurki. Udałem się na policję, aby
zostawić klucze. Przy wyjściu policjant poprosił mnie, abym poczekał i czegoś
szukał. Okazało się, że była to kartka ze słowniczkiem języka baskijskiego.
 |
Iglesia San Martin de Tours z XVIII wieku w Andoain |
Monumentalny
Kościół był zamknięty, ale właściciel baru, który ustawiał stoliki poinformował
mnie, że msza będzie za dwie godziny. Mogłem iść dalej, ale było ryzyko
opuszczenia nabożeństwa niedzielnego i straciłbym stan łaski uświęcającej.
Wstąpiłem do baru na kawę z ciasteczkiem, które spożywałem bardzo powoli, a
następnie obszedłem okoliczne ulice. W końcu usadowiłem się na parkanie
kościelnym. Przechodzący mieszkańcy zawsze się witali. We mszy świętej
uczestniczyło znacznie mniej wiernych niż w sobotę wieczorem. Mężczyźni na
ławce przede mną trzymali ręce w kieszeni, nie wiem czy to lekceważenie
nabożeństwa, czy miejscowy zwyczaj.
 |
Gotycki Ermita de Santa Cruz de Zumea na skraju Andoain |
Osoby świeckie pomagały zbierać na tacę i
udzielały komunii. Na skraju Andoain z małego Kościółka dobiegła mnie muzyka. Schodzili
się tu wierni na nabożeństwo niedzielne. Po krótkiej modlitwie ruszyłem dalej.
Przez cały dzień szlak prowadził asfaltową ścieżką w dolinie rzeki Oria.
Czasami stykał się z drogą szybkiego ruchu lub z koleją. Teren praktycznie non
stop był zabudowany. Jeśli nie budynki mieszkalne, to hale fabryczne lub inne
budowle przemysłowe. Mijałem nawet zaporę wodną, która wznosiła się nad moją
głową na kilkadziesiąt metrów. Mijałem mnóstwo osób uprawiających biegi, marsze
z kijkami, a przede wszystkim zwykłe spacery.
 |
Wiosna w dolinie rzeki Oria |
Bardzo wiele osób przechadzało
się ze swoimi psami. Musiałem uważać na rowerzystów, bo niektórzy z nich
urządzali sobie wyścigi. Ich ścieżka była rozdzielona na dwie części. W
Villabona wstąpiłem do Kościoła, a tu gęsto od ludzi i po oddaniu czci najświętszemu
sakramentowi wycofałem się. Raz natknąłem się na dziwne widowisko sportowe. Dwa
zespoły walczyły ze sobą na sztachety, którymi uderzali ciężką piłeczkę, która
z łatwością roztrzaskałaby głowę. Tolosa miała zapełnione place dzieciarnią,
która bawiła się w różnoraki sposób, od jazdy na łyżworolkach po zabawę w
małpim gaju. Na skraju miasta jacyś artyści malowali ścianę pod nadzorem swego majstra,
czyli mistrza. W pewnym momencie nie wiedziałem, którą drogą iść, ale zjawił
się szybko idący Bask, z którym poszedłem, a on w pierwszym warzywniaku
zafundował mi kiść bananów.
 |
Uliczni artyści |
Góry stawały się coraz wyższe, a urwiska wzdłuż
drogi coraz bardziej niedostępne. Czasami spływały z nich mini wodospady, które
miały nawet po kilka metrów wysokości, ale stróżki wody były niczym nić. Zaczął
dokuczać mi głód i pragnienie, a markety były nieczynne. Natrafiłem na sklep
mięsny u Araba(przynajmniej tak wyglądał), a ceny były dużo niższe niż w
marketach. Spodobały mi się surowe kiełbaski, które okazały się bardzo smaczne
i pożywne. Pragnienie częściowo zaspokoiłem w barze małym piwem. W Beasain
pierwsza zapytana osoba pokierowała mną do alberghe. Zostało ono urządzone w
starym młynie. Zastałem tu taki ład i porządek, jakiego nigdy przedtem w życiu
nie widziałem i pewnie już nie zobaczę. Starsza pani zostawiła tu chyba całe
swoje serce, a o tyle miała łatwiej, że nocuje tu jeden pielgrzym na dwa, trzy
dni. Alberghe to jest donativo, czyli zostawiłem 5€. Dla zaspokojenia
pragnienia pani skierowała mnie do lokalu naprzeciwko. Wypiłem tu lampkę wina z
El Bierzo i wodę mineralną.

 |
Alberghe w Beasain |
Obsługiwały lokal dwie panie, z których jedna
oprócz imienia po baskijsku miała imię typowo polskie, bo Renata, ale uroda
typowo baskijska. Z powrotem wróciłem do schroniska, ale nie dopuszczono mnie
do schodów, bo kręcony był w tym czasie film. Pół godziny czekałem, aż zostanie
nakręcona scena. Nie miałem kłopotu z zaśnięciem.
11
kwietnia Beasain-Zumarraga-Santuario de Loyola-Zumaia-Deba
Budzik nastawiłem na 6.45, kiedy
było jeszcze ciemno na zewnątrz. Zależało mi, aby jak najwcześniej dostać się
do Santuario de Loyola. Wcześnie rano miałem autobus do Zumarraga, a stamtąd
byłem przekonany o dobrych połączeniach z Azpeitią. W Zumarraga zależało mi na
zobaczeniu słynnego romańskiego Kościoła Ermita de Nuestra Seniora de la
Antigua.
 |
Zumarraga, a nad nią wielki krzyż na górze |
Zaraz po dotarciu na miejsce coś mi nie pasowało. Zacząłem się
rozglądać, a tu nic, nawet śladu tego Kościoła. Dopiero po dotarciu na rondo
zauważyłem drogowskaz. Napotkany mężczyzna poinformował mnie, że mam do
pokonania 3km pod górę. Po drodze minąłem klasztor karmelicki, prawdopodobnie
kobiecy. Zauważyłem, że na szczycie góry wznoszącej się nad miastem stoi
potężny betonowy krzyż. Zastanawiałem się, w jaki sposób wniesiono tam
materiały budowlane, ale widocznie wiara Basków była kiedyś bardzo mocna. Doga
do zabytkowego Kościoła nie wynosiła 3km, bo mój licznik w nogach jest
niezawodny. Kościół oczywiście był zamknięty do godz. 10.30, a dwóch godzin nie
mogłem czekać. Z zewnątrz zabytek ten nie robi specjalnego wrażenia, ale musi
posiadać wyjątkowe wnętrze, bo inaczej nie byłby symbolem Zumarragi.
 |
Chluba Zumarragi - romański Kościół Ermita de Nuestra Seniora de la Antigua |
Obok niego
stał betonowy krzyż z symbolami masońskimi, ale nie miałem skąd zaczerpnąć
języka na ten temat. Autobus do Azpeitia zatrzymywał się na wielu przystankach.
Wysiadłem naprzeciwko Sanktuarium i pierwszy widok mnie zachwycił. W miejscu
urodzenia chyba największego świętego świata katolickiego pobudowano wspaniałe
sanktuarium w stylu churrigueresco.
Nie przesadzono z monumentalizmem, ale wielkość świątyni dopasowano do surowego
górskiego oblicza. Jego wnętrze pomimo swojego przepychu nie przytłacza
wielkością, a pozwala skupić się na modlitwie. Opatrzność znowu mi sprzyjała,
bo po minucie modlitwy w tylnej kaplicy rozpoczynało się nabożeństwo. Modlitwy
i śpiewy prowadzili mężczyźni o silnym głosie. Prowadzący kapłan uczynił znak
pokoju z każdym wiernym. Po takiej dawce duchowej ochoczo odmówiłem różaniec i
po obejściu sanktuarium udałem się na przystanek autobusowy. Tutaj
zastanawiałem się, czy kontynuować marsz na Burgos, co zajęłoby mi 5-6 dni, czy
próbować innych koncepcji.

 |
Santuario de Loyola |
Ostatecznie wsiadłem w pierwszy autobus, który
jechał w kierunku oceanu, do którego było zaledwie kilkanaście kilometrów.
Autobus dojechał do Zumaia i stąd rozpocząłem marsz Camino del Norte. Przy
słonecznej pogodzie z miłą chęcią pokonywałem niewielkie podejścia wśród
zielonych łąk, na których pasło się mnóstwo zwierząt domowych. Ścieżka była
pokryta asfaltem i przebiegała przez osady złożone z kilku obejść lub wręcz
pojedynczych domostw. Przy każdym skupisku domów znajdował się mały ermicki Kościół,
do którego prawdopodobnie raz w tygodniu dojeżdżał ksiądz. Przez pewien czas
towarzyszyła mi Baskijka, która spacerowała z wózkiem z małym dzieckiem. Prawie
cały czas był widok na ocean, co dla człowieka z głębi lądu jest niecodzienne,
a jednocześnie dodawało otuchy. Szczególne wrażenie robiły Kościoły tuż nad
urwiskiem morskim, do których jednak nie prowadził szlak. W największej osadzie
na szlaku przed Kościołem odpoczywała para studentów mówiąca po angielsku, z
którymi nocowałem w Irun.
 |
Widok na ocean z Kościółkiem na klifie |
O dziwo Kościół był otwarty i wyszedł do mnie ksiądz.
Przybił pieczątkę i opowiadał o ołtarzu, ale niewiele rozumiałem.
Wypowiedziałem kilka słów po baskijsku i strasznie był z tego zadowolony, a na
koniec poklepał mnie po plecach. Idąc dalej wszedłem na wysokie wzniesienie, z
którego rozciągał się wspaniały widok. Były tu dwie ławki, na których siedzieli
Amerykanie w średnim wieku, których potem spotkałem dwukrotnie. Poprosiłem
Amerykanina o zrobienie fotki, co z chęcią uczynił. Doszedłem do Deba, a tu
przede mną przepaść. Zgarnął mnie miejscowy Bask i dwoma windami zjechaliśmy na
poziom oceanu. Wskazał mi Bulegoa Turismo, choć ja chciałem do alberghe. Trochę
się bałem, bo szedłem nie po swojej trasie, ale dziewczyna przybiła mi seyos,
zainkasowała 5€ i wręczyła klucz. Schronisko tu mieści się na starej stacji
kolejowej, i nie posiada kuchni. Zastałem tu mężczyznę, który spisał dane i
wskazał łóżko.
 |
Ermita na szlaku - możliwość odpoczynku, a nawet noclegu |
Po krótkim odpoczynku udałem się na miasto. Jest tu kilka
urokliwych uliczek oraz bliskość oceanu. Przy dojściu do zatoki z daleka
zauważyłem Nadine z Francji, która wraz z koleżanką szła od dworca autobusowego
i wyraźnie kulała na prawą nogę. Wieczorem na morzu tworzyła się wysoka fala.
Surferzy na deskach próbowali ten żywioł wykorzystać. Czasami widziałem jedynie
deski wyskakujące w powietrze. Dużo ryzykowali, bo z oceanu wystawały skały.
Alberghe było pełne caminowiczów z dominacją studentów.
 |
Wybrzeże w Deba |
12
kwietnia Deba- Markina-Xemein- Monasterioa Ziortzaco
Tego dnia miałem do przejścia
nieco ponad 20km, dlatego ostatni w pokoju podniosłem się ze snu. Na korytarzu
spotkałem młodą Francuzkę poznaną w Irun, która miała na sobie piżamę w
kwiatki. Wyjaśniła, że jej nogi nie
wytrzymały dźwigania ciężkiego bagażu i korzysta z podwodów. Była ona
delikatnej postury i przeliczyła się z siłami. Jeszcze raz obszedłem miasteczko
i udałem się nad ocean. Tutaj przy szumie fal spożyłem zakupione wiktuały.

Szlak rozpoczynał się ostrą wspinaczką nad urwisko morskie, ale później oddalił
się od oceanu. Cały czas prowadził lasem lub łąkami po gruntowej ścieżce.
Zauważyłem, że krzyżuje się tu wiele szlaków oznaczonych literami Gr. Nie wszyscy turyści to caminowicze,
ponieważ spotkałem osoby idące w przeciwnym kierunku. Wpadłem na żartobliwy
pomysł pytać wszystkich mijanych – ile km
do Santiago. Efektem było zakłopotanie wszystkich spotkanych osób, bo
odległość była liczona w setkach kilometrów. Na rozstajach dróg z naprzeciwka
wyskoczył jak strzał prawdziwy globtroter. Miał przy sobie jedynie mały plecak
i ogromną parasolkę.

Na moje zapytanie początkowo się zmieszał, a później
wybuchnął śmiechem. Zaczął przybijać żółwiki i piątki. Za pomocą rysunku na
piasku przedstawiłem mu miejsce mojego zamieszkania. W dobrym humorze ruszyłem
dalej. W wiacie przy źródełku spotkałem troje prawdziwych pielgrzymów, którzy
nie szli dla rozrywki, ale dla wyższych celów. Po krótkiej rozmowie i jeszcze
krótszym desayuno zostawiłem ich i ruszyłem przed siebie. Mijałem pastwiska
pełne zadowolonych z życia zwierząt i mniej zadowolonych, gdy ich wolność
ograniczała siatka.
 |
Spotkanie z pielgrzymem |
W pewnym momencie
trafiłem na wyrąb lasu. Ciężki sprzęt ze ścieżki zrobił błoto, a ponadto po
stoku staczały się kłody ściętych drzew. Musiałem mieć oczy dookoła głowy, by
nie popaść w kłopoty. Markina-Xemein wyłoniła się nagle z lasu. Co dziwnego na
wejściu do miasta stał Kościół i był otwarty, co stanowiło rzadkość. Ustawione
w nim były wielkie głazy, a wśród nich ołtarz. Po modlitwie ruszyłem w
poszukiwaniu alberghe i byłem przekonany, że tu wrócę. Zapytałem starszą panią,
a jej wypowiedź, chociaż niezrozumiała zaniepokoiła mnie. Przed restauracją
spotkałem znanych mi Amerykanów, którzy skierowali mnie do hotelu.
 |
Dziwny ołtarz w Markina-Xemen |
Dzięki bogu
nie znalazłem tego noclegu, tylko natrafiłem na supermarket. Zakupione produkty
wcinałem przed zamkniętym alberghe. Po jakimś czasie nadeszła para spotkanych
dzień wcześniej studentów i dziewczyna pozwoliła mi sfotografować noclegi z jej
dokumentów. Skonsultowałem te informacje z krajem i okazało się, że za 6km mam tanie
noclegi. Ruszyłem w drogę, chociaż wisiały nade mną ciemne chmury. Po 3km była
krzyżówka z barem. Zatrzymałem się tu na kawę, bo barmanka wyglądała bardzo
sympatycznie i czasami zerkała wzrokiem. Siedzący tu mężczyźni upewnili mnie w
noclegu i nawet kawałek odprowadzili. Po kwadransie marszu dotarłem do bardzo
ładnie urządzonej wioski. Okazało się, że jest to kolebka rodu Simona Bolibara,
znanego awanturnika z początku XIX wieku, który w wielu krajach cieszy mirem
bohatera.
 |
Trapiści podczas śpiewanej mszy świętej |
Kilometr dalej pojawiły się schodki, a napotkany człowiek stwierdził,
że są tu aż dwa alberghe. Pierwsze przy restauracji kosztowało 12€, a dwieście
metrów dalej stał średniowieczny klasztor Monasterioa
Ziortzako z alberghe, donativo. Oczywiście wybrałem drugą opcję i zacząłem
szukać wejścia, a tu wszystkie drzwi zamknięte. Podbiegł do mnie mężczyzna w
średnim wieku, który jak się okazało był kandydatem na zakonnika i zaprowadził
mnie na nocleg. Wszystkie miejsca były zajęte, ale i dla mnie znalazła się
ogromna sala z grzejnikiem, gdzie mogłem się wysuszyć. Przed alberghe siedział
groźnie wyglądający pies, który okazał się bardzo przytulny.
 |
XIV-wieczne krużganki w Monasteroa Ziortzako |
Wieczorem wraz z
grupą nocujących tu studentów uczestniczyliśmy w śpiewanej mszy świętej. Jest
tu pięciu zakonników, w tym stary staruszek. Po mszy poproszono studentów o
przyniesienie la ceny, czyli kolacji. Była to mieszanka makaronu, sera, mięsa i
innych smakołyków. Było tego dużo, bo jeszcze zostało. Po kąpieli spokojnie
zasnąłem.
13
kwietnia Ziortza- Gernika-Lumo
Zakonnicy przygotowali również i
desayuno, czyli śniadanie. Kiedy wszedłem to studenci spałaszowali już wszelkie
pieczywo i musiałem obejść się smakiem. Na szczęście nie zabrakło kawy i kakao.
O godzinie 8.00 uczestniczyłem w porannym śpiewanym nabożeństwie. Niestety
studenci byli nieobecni, a oprócz mnie była jedynie kobieta z obsługi. Zabrakło
również zakonnika w podeszłym wieku. Obszedłem teren klasztorny i obejrzałem
budynki. Dominuje tu surowy gotyk, bez szczególnych przyozdobień, jedynie
krużganki przyciągają wzrok. Dzięki tej surowości można bardziej skupić się na
modlitwie i kontemplacji. Bracia prowadzą sklep z pamiątkami i własnymi
wyrobami jak wina, zioła i nalewki. Odchodząc zacząłem nieco tęsknić do
uporządkowanego życia mnichów, które skierowane jest ku transcendencji.
 |
Niewielki Ermita de Santiago Apostoł, gdzie od 300 lat zatrzymują się pielgrzymi |
Na
trasie nie było już takiej różnicy wzniesień jak w poprzednie dni. Przykrą
niespodzianką było przedzieranie się przez zabagniony teren i występujące tu
błoto. W dwóch miejscach ścieżka turystyczna była utwardzana asfaltem, co
według mnie jest niefortunnym pomysłem, bo ludzka noga najlepiej radzi sobie na
żwirze. Twarde podłoże dobre jest natomiast do opon samochodowych, a nie do
butów. Szczególnie moje zainteresowanie wzbudziło dwóch Afroiberyjczyków
kładących asfalt, którzy pracowali skoncentrowani i swoje zajęcie brali na
poważnie. Ciekawostką tego etapu było przejście przez oryginalny XVI-wieczny
kamienny mostek, który jest niemym świadkiem wielu ciekawych wydarzeń, a być może
wielu sławnych ludzi stawiało na nim swoje kroki. Tego dnia dopadł mnie kryzys,
być może ze względu na duszną pogodę, albo po prostu pechowa trzynastka. Na
odpoczynek zatrzymałem się w niewielkiej miejscowości, 3km od Guerniki.
 |
500-letni most wśród wspaniałej przyrody |
Wokół
mnie kręciło się stadko kotów, a gdy uruchomiłem aparat nagle gdzieś poznikały.
Przy miejscowym Kościółku zaatakował mnie mały, ale głośny piesek, którym
musiał się zająć jego właściciel. Dręczyło mnie pragnienie i w Guernice
wstąpiłem do pierwszego warzywniaka po owoce i mineralną. W Bulegoa Turismo
pani skierowała mnie do hostelu. Na ulicy zapytałem młodą Baskijkę o hostel i
ona zaprowadziła mnie na miejsce. Pracujący tu pan powiedział cenę 18€ i ja
delikatnie się wycofałem. Udałem się na przystanek autobusowy, aby pojechać do
Bilbao i tam nocować. Na przystanku spotkałem starszą panią z Francji i poznaną
pierwszego dnia Nadine, które skorzystały z podwózki. Zaprowadziłem je do
informacji turystycznej, ale i one nic innego nie wskórały.

 |
Osiołek i konie, nieodłączny element kultury Basków |
Biłem się z myślami, jechać czy zostać.
Ostatecznie zdecydowałem zostać, bo przecież w Bilbao nie będzie darmowego
noclegu. Dogoniłem młodą Francuzkę i odniosłem wrażenie, że żywy duch, który
bił od niej w Irun, gdzieś uszedł. Po drodze spotkałem dwóch pielgrzymów i w
rozmowie z nimi przekręciłem cenę hostelu z 18 na 80€, a gdy spostrzegłem swój
błąd oni byli już daleko i nie nocowali w Guernice. Hostel posiadał pokoje
wieloosobowe i wielką kuchnie. Ja i inne osoby nie mogliśmy uruchomić gazu,
dopiero pan z obsługi uczynił to z pomocą palnika. Byłem jedyny, który gotował
obiad. Inni jedli na zimno lub na mieście.
 |
Kościół Santa Maria w Guernice, budowany od 1418r. |
Nadine spotkałem jeszcze w czasie
spożywania kolacji, było to kakao i kanapki, a może coś więcej. Nie miała już w sobie tyle witalności życiowej,
co pięć dni wcześniej i nic nie gotowała. Bolące nogi i bicie się z myślami, że
nie może w zaplanowany sposób realizować swoich marzeń, by dojść do Santiago
własnymi siłami nadwątliły tą delikatną osobę. Po raz ostatni mijałem się z nią
na schodach i więcej jej już nie zobaczyłem.
14
kwietnia Gernika-Lumo- Lezama- Bilbao
Z pokoju wyszedłem jako ostatni.
Na śniadaniu spotkałem jeszcze dwoje Francuzów, którzy maszerowali osobno. Z
tego co zrozumiałem, to chłopak nie trzymał się szlaku tylko zwiedzał, a
Francuska w średnim wieku przez pół nocy kręciła się w łazience na czynnościach
higienicznych. Obszedłem miasto licząc, że spotkam Nadine, a zamiast niej
wszedłem na parę znanych mi Amerykanów wychodzących z hotelu. W sumie mili
ludzie, ale więcej też ich nie spotkałem.
 |
Caserios - budynek mieszkalny Basków stojący w odosobnieniu |
Na skraju miasta w Kościele kobieta
prowadziła nabożeństwo, a starsza Francuska adorowała Najświętszy Sakrament,
czym mnie mile zaskoczyła. Trasa prowadziła asfaltową nawierzchnią przy
niedużych wysokościach względnych. Na krótko zatrzymywałem się przy mijanych
Ermitach i Kościołach. Odpoczynek z wyżerką urządziłem w Larrabetzu, bo mogłem
tu wygodnie usiąść na ławce. Moją uwagę zwrócił tu kamienny podwójny krzyż, a
podobne krzyże spotykałem jedynie w Galicji, ale być może są one
charakterystyczne dla całej Północnej Hiszpanii. Przed Lezamą spotkałem
koleżankę młodej Francuski, która jeszcze nie dojechała i obie miały się w
Lezamie zatrzymać. Było zbyt wcześnie i zbyt blisko Bilbao bym nie ruszył
dalej.
 |
Podwójny krzyż - spotykany tylko w pewnych rejonach Hiszpanii |
Od Bilbao oddzielała mnie tylko góra i tam poszedłem. Odcinek ten
pokonałem bez odpoczynku ze względu na wiszące ciemne chmury. Deszcz zaczął lać
po wkroczeniu do miasta. Początkowo był drobny, a później rzęsisty. Jedynie z
daleka podziwiałem słynny most baskijski, ponieważ chciałem się gdzieś schować.
W centrum mijałem pięciu uzbrojonych żołnierzy, widocznie i tu istnieje
zagrożenie terrorystyczne. Pani z Bulegoa Turismo na mapie zaznaczyła mi dwa
hostele, a ja szukałem alberghe. Udałem się w kierunku jednego z nich. Po
drodze na środku wielkiego ronda znajdowała się duża figura Chrystusa
umieszczona na wysokim cokole. Hostel pomimo sympatycznego wnętrza wydał mi się
pusty. Na poboczu ulicy stał radiowóz i zagadnąłem przystojną policjantkę o
drogę do drugiego hostelu. Pomimo deszczu wyszedł jej kolega i skierował mnie w
kierunku stadionu Atletic Bilbao, a później dalej.
 |
Panorama Bilbao |
Recepcjonistka z hostelu
Altamira widząc przemoczonego pielgrzyma wskazała mi drogę do alberghe, o
którym przemilczała pani z informacji turystycznej. Schronisko mieści się w
najwyższym punkcie miasta, a dokładne miejsce wskazał mi miejscowy
przechodzień. Musiałem pokonać jeszcze z 500 schodków. Tu przywitał mnie
energiczny wolontariusz, który tryskał energią. Z kuchni unosiły się zapachy,
bo odbywało się ostre gotowanie. Zostałem zaproszony na pyszną kolację złożoną
z dwóch dań i deseru. Ja poczęstowałem obecnych truskawkami.
 |
Figura Chrystusa pośrodku ronda w Bilbao |
Nocowało nas
pięcioro i wolontariusz. Była to starsza Francuska, którą znałem wcześniej,
Koreanka przy kości wraz z Belgiem oraz zgrabna i przystojna młoda Hiszpanka.
Nie spożywała ona mięsa, a posiłki sporządzała w swoich menażkach. Podróżowała
z gitarą, ale podążała w przeciwnym kierunku niż wszyscy. Z tego co zrozumiałem
to pokonywała długie odcinki, pewnie uprawiała sport sądząc po jej gimnastyce.
Całą noc kasłała.
15
kwietnia Bilbao-Onati-Santuario Arantzazu-Salvatierra
Rano wesoły wolontariusz
przygotował urozmaicone śniadanie. Zakosztowałem wszystkiego i ruszyłem dalej,
ale znowu zaczęło padać i musiałem wrócić pod dach, by założyć pelerynę.
Szukałem dworca autobusowego i pomogła mi młoda pani, która szła tam do pracy.
Autobus do Oniati miałem dopiero o 11.15, dlatego musiałem długo czekać.
Liczyłem, że może spotkam Francuzkę, ale ona zapewne skorzystała z autobusu
podmiejskiego, by dostać się do Bilbao.
 |
Fasada Uniwersytetu Spirytus Sancti |
Autobus jechał grubo ponad godzinę, bo
krążył i zatrzymywał się w wielu miejscach. W Oniati byłem przed 13.00 i nie
miałem już czasu na zwiedzanie tego zabytkowego miasteczka. Przeszedłem się
jedynie obok budynku Uniwersytetu
Spirytus Sancti oraz zobaczyłem rynek. Pan w elegancko skrojonym garniturze
wskazał mi drogę w kierunku Arantzazu.
 |
Rynek w Oniati |
Pokonałem jeszcze dwa ronda i miałem
przed sobą 9km marszu pod górę, aby ujrzeć to święte miejsce Basków, o którym
tyle czytałem. Ruch samochodowy był minimalny, dlatego mogłem spokojnie
podziwiać stada pasących się owiec, a czasami krów i koni. Od czasu do czasu
pojawiały się zabudowania pojedynczych gospodarstw. Krajobraz powoli się
zmieniał, ponieważ wokół zaczęło przybywać nagich skał i pojawiły się wysokie
urwiska. Po dwóch godzinach ujrzałem wysoką betonową wieże zakończoną krzyżem.
Budowla ta w niczym nie przypomina znanych mi sanktuariów, ale architekci
kierowali się swoistym poczuciu piękna narodu baskijskiego i wzięli pod uwagę
surowość krajobrazu. Obecne sanktuarium zostało zbudowane i urządzone przez
najlepszych artystów z połowy XX wieku, którzy chcieli podkreślić odrębność
Basków.

 |
Sanktuarium Arantzazu |
Początki tego miejsca sięgają XV w., gdy Baskonia była targana wojnami
i długoletnią suszą, a w miejscu tym miejscowy pasterz znalazł obrazek
Najświętszej Panienki i rozpoczęły tu się pielgrzymki. Sławę tego miejsca
ugruntowały wydarzenia z początku XIX wieku, gdy najpierw Napoleon zbezcześcił
to miejsce, a później spalili je liberałowie. Nazwa Arantzazu dosłownie oznacza
„W ciernie, prawda?”. Wnętrze
niespotykane nigdzie indziej, bo odczuwamy dziwną aurę. Z wysokiej wieży
Sanktuarium wydobywa się niebieska poświata. Miejsce to położone jest na końcu
świata, bo tu kończy się droga, siłą rzeczy w ciągu tygodnia musi być puste.
Byłem tu sam, a na moment weszło troje turystów, którzy po zrobieniu kółka
wyszli. Miałem teraz problem, co robić. Najpierw wszedłem do restauracji po
mineralną, a dwaj panowie z obsługi nic mi nie potrafili doradzić. Żadnego
autobusu oraz drogie hotele zmusiły mnie do ruszenia w wyższe partie gór.
 |
Ermita San Adrian na przełęczy górskiej |
Po
kilkuset metrach spotkałem czterech turystów z kijkami, którzy stanowczo
odradzili mi próbę przejścia przez góry, bo była 16.30, a przede mną według
nich 8 godzin marszu i 35km trasy, ponadto zalegający śnieg. Zastanawiałem się
jakiś czas i wtedy wstąpił we mnie nowy duch i ruszyłem z kopyta. Podejście
było strome, ale dobrze sobie radziłem, nawet wyprzedziłem parę turystów bez
plecaków. Po jakimś czasie spotkałem powracającego wesołego gościa, a on
stwierdził, że do przełęczy jest 50 minut. Po osiągnięciu przełęczy ujrzałem
Ermitę San Adrian, gdzie zatrzymałem się na modlitwę. Z drugiej strony
Kościółka okazało się, że mieszka tu staruszek, który przywitał mnie z siekierą
w ręku. Grzecznie zapytałem, a on odpowiedział, że jeszcze 4km płasko, a
później z górki i da się przejść. Była to druga osoba, która podniosła mnie na
duchu oraz udzieliła trafnych wskazówek. Dalej przechodziłem obok zamkniętego
schroniska, za którym kochała się młoda para, ale przyjaźnie mnie pozdrowili.
Mogłem teraz być sam na sam z surową przyrodą i podziwiać górskie krajobrazy,
chociaż bardzo się spieszyłem.
 |
Kraina śniegu i widoczny cud |
W końcu doszedłem do zapowiadanego śniegu i tu
zdarzył się cud, ponieważ z przeciwnej strony spych kończył torowanie drogi. Przybyłem,
co do minuty na ten moment. Maszerując po śniegu zmoczyłbym nogi i stracił
siły, a tak dziękowałem Bogu za tą pomoc. Po pewnym czasie ujrzałem zza drzew
krajobraz po drugiej stronie gór, co dało mi nową motywację. Zgodnie ze słowami
dziadka z siekierą rozpoczęło się zejście. Była to niekończąca się żwirowa
serpentyna, która na szczęście nie była zbyt stroma. Z góry szedłem ile sił w
nogach, by zdążyć przed zapadnięciem ciemności. Szybki chód umożliwiały mi
wysokie buty Asolo Mustang, które bezpiecznie ochraniały nogi powyżej kostek
przed zwichnięciem. W końcu dotarłem do szlaku Camino de Vasco i już byłem
spokojny o swój los. Wyprzedził mnie spych od śniegu, ale w kabinie nie było
miejsca dla drugiej osoby.
 |
Widok po drugiej stronie gór |
Wychodząc z górskiego lasu spotkałem stado pasących
się krów, a dalej mijały mnie dwa samochody terenowe pełne zdziwionych ludzi. Przed
pierwszą miejscowością na wzgórzu stały betonowe krzyże, prawdopodobnie
cmentarz wojenny po burzliwym dziewiętnastym stuleciu. W Zalduondo otwarte były
drzwi Muzeum Etnograficznego, które posiada dzieła malarskie i prehistoryczne
wykopaliska. Młody chłopak wyprowadził mnie grzecznie i wskazał na oddaloną,
ale widoczną Salvatierrę. Po kwadransie marszu, gdy zaczęły zapadać ciemności
zatrzymał się samochód i młoda pani wioząca swoją matkę zabrała mnie na
podwózkę. Wysadziła mnie przy pierwszych zabudowaniach, bo sama skręcała w bok.
W ten sposób po 5,5 godzinie zamiast po 8 znalazłem się w Salvatierre.
 |
Caserios w górach |
Alberghe
mieściło się po drugiej stronie miasta przy stadionie sportowym. Pracujący tu
pan pomógł mi uzyskać klucze od noclegu. Wyczerpany znalazłem czynny
supermarket, a miła ekspedientka pokazała jak ważyć owoce, bo byłem już jedynym
klientem. Zmęczony, ale zadowolony bez problemu zasnąłem.
16
kwietnia Salvatierra- Alaiza- Nuestra Senora de Alaya- Estibalitz- Vitoria-Gasteiz
 |
Żywy Indianin w Salvatierra
|
Rano wypełniłem wszystkie
formalności, a mianowicie wpisałem się do księgi, przybiłem pieczątkę i do
skarbonki wrzuciłem 5€. Na zewnątrz siąpił deszcz, co zmusiło mnie do włożenia
peleryny. W odróżnieniu od wieczoru ulice miasteczka były zupełnie puste,
jedynie podcieniami przy rynku spacerowała młoda para i poprosiłem ich o
zrobienie fotki. Chłopak okazał się żywym Indianinem i mocno mnie ścisnął, a
dziewczyna cyknęła zdjęcie.
 |
Salvatierra w sobotni poranek |
Na głównej długiej ulicy czynny był tylko jeden bar
i do niego wstąpiłem. Za niewielkie pieniądze zjadłem desayuno i przeczekałem
deszcz. Najstarsza cześć miasta to fragment XII – wiecznych murów. Dwa okazałe
Kościoły pochodzą z XV wieku, ale jest również szereg budowli liczących po
kilkaset lat, jak choćby ratusz. Tego dnia zaplanowałem zwiedzanie romańskich
Kościołów, które przetrwały w tej okolicy zawieruchy wojenne, zazwyczaj dzięki
postawie miejscowej ludności, jak choćby w czasach wojny domowej. Pierwszym
obiektem na trasie był Kościół w Alaiza. Dotarłem do niego dzięki pomocy dwóch
pieszych, których spotkałem na opłotkach Salvatierry. Po drodze minąłem grupę
kolarzy podczas treningu.
 |
Średniowieczne rysunki w romańskim Kościele w Alaiza |
Przed Alaizą chciałem zrobić fotkę panu ścinającemu
drzewa przydrożne, ale on wyłączył piłę. W centrum wioski trwały w sobotni
ranek ostre prace remontowe, a zjawienie się mojej osoby zaciekawiło
wszystkich. Zjawiła się też młoda kobieta, która przebywała w Krakowie i trochę
mówiła po Polsku w odróżnieniu od młodego człowieka spotkanego poprzedniego
wieczoru, który był na Erasmusie w Katowicach, ale po Polsku nie mówił. Pani ta
obiecała mi, że w 5 minut otworzy Kościół i zjawiła się szybciej wraz z
przewodnikiem. Przewodnika nie rozumiałem, ale od razu było widać, że chlubą
tego obiektu są oryginalne XIV-wieczne malowidła, które przetrwały wieki pod
tynkiem i zostały odkryte w XX wieku. Towarzyszyła mi cała grupa gapiów, ale
było to bardzo sympatyczne spotkanie. Dalej wszystkie Kościoły były pozamykane,
a obszedłem ich kilkanaście.
 |
Romański Kościół p.w. Św. Marcina w Gaceo |
Przeważnie były to budowle z XVI i XVII wieku,
czyli zbyt młode jak na moje zainteresowania. Romański Kościół w Gaceo posiada
przed drzwiami z portalem głęboką wnękę z kamienną ławką. Usiadłem na niej i
spożywałem drugie śniadanie. Zaczęło tu dochodzić do mnie głośne szczekanie
psa, którego nie widziałem. Po pewnym czasie zajrzała tu pewna kobieta, która
prowadziła całkiem sporego psa na smyczy, który zza węgła mnie wyczuł. Dalej
zmierzałem w kierunku Durantzi, największej miejscowości w drodze do Vitorii. Z
daleka podziwiałem romański Kościół La Ermita de Nuestra Seniora de
Ayala
stojący samotnie na
wzgórzu. Przy samym dojściu do niego rozpadał się deszcz i nie mogłem zachwycać
się pięknem tej budowli.
 |
Samotny Kościół romański koło Durantzi |
Styl romański jest dla mnie kwintesencją ludzkiej
estetyki i poczucia piękna, pod warunkiem, że budowla nie uległa degradacji w ciągu
wieków. Do Durantzi przechodziłem przez kładkę nad torami kolejowymi. Wiał tak
silny wiatr smagający deszczem, że nie mogłem utrzymać równowagi i musiałem
trzymać się barierek. Całkowicie przemoczony zaszedłem do pierwszego otwartego
baru. Cały był wypełniony ludzką gawiedzią, bo była sobota. Młoda barmanka
jednocześnie obsługiwała 30 klientów, jej szybkie ruchy to był całkowity
kosmos. Nie mogłem od niej oderwać wzroku, ale po powolnym spożyciu kawy
musiałem iść dalej. Przemoczony nawet nie próbowałem zwiedzać w deszczu miasta,
które posiada szesnastowieczne budowle sakralne. Na zachód od tego miasta na
horyzoncie ukazały się na tle gór wieże licznych Kościołów. Podążałem w
kierunku Kościoła romańskiego w Anua i po drodze podziwiałem inne okazałe
budowle sakralne położone w małych wioskach. Kościół ten oczywiście był
zamknięty bez żadnej informacji na drzwiach.
 |
Misterne wykonanie apsydy i prezbiterium Kościoła romańskiego p.w. Narodzenia Matki Bożej w Anua |
Kolejnym etapem mojego marszu był
klasztor Estibaliz, w którym zaplanowałem nocleg. Kompletnie pogubiłem się w
moim położeniu i jedynym punktem odniesienia były góry. Dzięki Bogu doszedłem
do ruchliwej szosy w kierunku Vitorii i przy pomocy mapy zlokalizowałem się.
Niestety nadrobiłem kilka kilometrów i wracałem już szosą. Znowu z pewnej
odległości mogłem podziwiać budowle sakralne, ale nie miałem już sił, aby do
nich dojść. W końcu natrafiłem na szlak camino, który doprowadził mnie do
klasztoru, który widoczny był z kilku kilometrów. Sanktuarium Matki Bożej Estibaliz uważane jest za klejnot sztuki
romańskiej i duchowej prowincji Alava. Niestety, ale część sakralna znowu była
zamknięta i nie mogłem zachwycać wnętrzem, które posiada podobnież chrzcielnicę
i inne elementy pamiętające czasy Wizygotów, a więc odległej zapomnianej
przeszłości.
 |
Krajobraz Alavy - wieże kościelne i góry |
Zadzwoniłem do części mieszkalnej, z której wyszedł starszy
mężczyzna i oświadczył, że schroniska tu nie ma i muszę iść do Vitorii. Po raz
pierwszy z informacja z przewodnika polskiego okazała się błędna, ale taki już
los. Szosą do Vitorii miałem 8km, ale szlak camino niestety błądził. Minąłem
dwie miejscowości ze wspaniałymi świątyniami, gdzie przy jednej z nich zjadłem
podwieczorek. Dalej znaki zanikły i byłem w kropce. Mogłem błądzić, ale
wybrałem opcje przeskoczenia przez płot, za którym przeszedłem tory szybkiej
kolei i znalazłem się na osiedlu miejskim. Do starówki, gdzie mieściło się
schronisko miałem jeszcze 5km. Skierowali mnie do niego grzeczni panowie
sączący browary. Alberghe to jest bardzo nowoczesne, wszędzie elektronika.
Młoda ładna dziewczyna wydała mi kartę elektroniczną do drzwi, ale tak się
zapatrzyła, że ciągle mówiła przez 5 minut, aż całkowicie zamąciła mój umysł.
 |
Sanktuarium Matki Bożej Estibaliz |
Obsługa była bardzo prosta, wystarczyło pokazać ręcznie. W pokoju wypakowałem
się na zasłane łóżko, ale zmęczony nie skojarzyłem. Nagle ktoś wszedł i mówi,
że tu śpi. Wszystko szybko przerzuciłem i nawiązaliśmy pogawędkę. Mój lokator
pochodził z A Coruny i w Vitorii zarabiał na chleb. Pomagał mi później w kuchni
po zakupach u Araba. Dziewczyna na noc opuściła alberghe, ale przed wyjściem
pożegnała się ze mną. Bardzo miły gest.
17
kwietnia Vitoria-Miranda de Ebro-Briviesca-Santuario de Santa Casilda
Nocą zatęskniłem za powrotem nad
ocean, gdzie poznałem już grono osób. Postanowiłem przyspieszyć zwiedzanie obiektów
na trasie. Rano udałem się do katedry w Vitorii, ale wszystkie drzwi tej
gotyckiej budowli były zamknięte. Na wąskich uliczkach starówki było pełno
potłuczonego szkła i wylanego piwa. Odór alkoholu w połączeniu z ludzkimi
sikami tworzył specyficzny smród. Nie spotkałem tu żywej duszy, poza pojazdem,
który zbierał całe to świństwo.
 |
Niedzielny poranek w Vitorii |
W pewnym momencie ujrzałem człowieka i szybko
do niego podbiegłem, aby się zapytać o kierunek do dworca autobusowego. Pan w
średnim wieku poprosił, abym poszedł za nim i tak wsiadłem do jego samochodu, a
następnie zawiózł mnie na dworzec, który był znacznie oddalony od centrum.
Bezinteresowność niektórych osób może człowieka wprowadzić w zakłopotanie.
Autobusu do Briviesca nie było, ale mogłem dojechać do Mirandy de Ebro. Na
dworcu dwaj cykliści próbowali naprawić rower, ale w niedzielę rano raczej trudno
jest o sklep rowerowy. Podróż autobusem trwała nieco ponad pół godziny, a w Miranda
dworca autobusowego nie było. Nie mogłem na rozkładzie znaleźć autobusu,
dlatego udałem się na dworzec kolejowy, który był tuż obok.
 |
Rzeka Ebro w Miranda del Ebro |
Wykupiłem bilet
szybkiej kolei na 13.15. Miałem trzy i pół godziny wolnego czasu. Na pierwszej
krzyżówce zauważyłem nowy Kościół i wszedłem do niego. Po modlitwie udałem się
do najbliższego baru na desayuno. Od barmana dowiedziałem się, że pierwsza msza
jest tu o 11.30. Spokojnie ruszyłem na miasto. Nie jest ono aż tak bardzo
atrakcyjne, ale bulwary nad rzeką Ebro w ładną pogodę mogą się podobać. Na
rynku był organizowany festyn, w którym byli zaangażowani pracownicy Oficiny de
Turismo i nie mogłem pobrać materiałów turystycznych. Nabożeństwo było
przeznaczone dla dzieci i Kościół był wypełniony wiernymi. Ksiądz robił
wszystko, by dzieciom się nie nudziło. Cały czas musiały coś robić. Najpierw
kilka pań pojedynczo wyczytywały dzieci i one wychodziły do ołtarza. Później
robiły wszystkie czytania, a nawet małe dziewczynki zbierały tacę. Nie miały
sił dźwigać tacy, tylko wiernym podawały woreczki. Blisko mnie siedziała
dziewczynka, która była za mała, aby czynnie uczestniczyć w nabożeństwie i było
jej smutno, dlatego silnie wtulała się w piersi mamy. Bardzo angażował się we
wszystko tata Afroiberyjczyk, który we wszystkim pomagał swojemu małemu Murzynkowi.
Po wyjściu z Kościoła poszedłem prosto na dworzec.
 |
W drodze do Santuario de Casilda |
Chodzę po peronach, a tu nie
wyświetla się pociąg. Okazało się, że są jeszcze dwa perony po drugiej stronie
stacji. W Briviesca zapytałem pierwszego spotkanego człowieka o drogę do Santuario de Casilda. Posadził on mnie
na ławce i wykonał trzy telefony. Następnie zaprowadził mnie na policję, a ci
sprawdzili dokumenty i powiedzieli, że wszystko jest w porządku. Dalej dzwoniły
telefony, aż ściągnięto speca od turystyki w niedzielne południe. Zapytał mnie,
po co mi to sanktuarium skoro idę do Santiago. Wskazałem mu je na mojej mapie i
powiedziałem, że chcę tam być. Wyciągnął księgi i znalazł trasę pieszą po
wertepach. Zaprowadził mnie również do miejsca startu. Na koniec poszliśmy do
alberghe, gdzie za 5€ dostałem nocleg. Miałem problem z zakupem wody na drogę.
We wszystkich barach wciskano mi buteleczki na jeden łyk, dopiero jedna pani
się zlitowała i dała wielką butlę. Na początku drogi spotkałem pieszego, który
udzielił mi dalszych wskazówek. Trasa była malownicza z doskonałymi widokami na
odległe miejscowości. Po 12km przyjemnego marszu wszedłem do wioski Salinillas
de Bureba, bo byłem przekonany, że jest to właściwe miejsce, ponieważ Kościół z
daleka wyglądał okazale. Zastałem tu sterty obornika, a miejscowi mieszkańcy
skierowali mnie dalej. Po pół godzinie marszu na skale ujrzałem wspaniałą
budowlę.


 |
Santuario de Casilda |
Musiałem jeszcze zejść do doliny i wspiąć się do góry. Sanktuarium to
wywarło na mnie piorunujące wrażenie. Położenie niesamowite bo nad urwiskiem skalnym,
a do tego romańska budowla, chociaż wnętrze przypomina barok ze swoim
przepychem w postaci złocenia wszystkiego, co się da. W tym miejscu w XI wieku
córka sułtana Toledo Casilda została uzdrowiona w miejscowym źródle i przeszła
na chrześcijaństwo. Zamieszkała w jaskini i jest tu jej grób. Pielgrzymują tu
osoby, które nie mogą doczekać się dzieci. Kościół był otwarty i gdy
zagłębiałem się w modlitwie zauważył to ksiądz, który oprowadził mnie po
sanktuarium oraz do miejsc niedostępnych. Zostawił mnie sam na sam z relikwiami
świętej i obdarował obrazkami. Miałem poczucie dobrze spełnionego obowiązku. W
drodze powrotnej dopadł mnie 40-minutowy deszcz, a niski pułap chmur przysłaniał
krajobraz. Po drodze znajdował się punkt widokowy. Schemat przedstawiał 25
obiektów, wśród których 12 pochodziło z dwunastego wieku, czyli kraina
romanizmu. Szczęśliwie szosą dotarłem do Briviesca i u Chińczyka zrobiłem
zakupy.
 |
Centrum Briviesca |
W drodze do alberghe dorwał mnie kolejny urzędnik i chwycił za telefon,
dopiero klucze od schroniska uspokoiły go. Miał on dobre intencje, ale i tak
uważam, że biurokracja pożre ten śliczny kraj, bo przecież chodziło mi na
początku tylko o wskazanie drogi do sanktuarium, a dalej bym sobie poradził.
18
kwietnia Briviesca-Burgos-Cartuja de Milafroles-Monasterio de San Pedro de Cardena-Santander
Rano udałem się na Estacion de Autobus,
który okazał się zwykłym przystankiem. Oczywiście żadnego rozkładu jazdy nie
było, co zmusiło mnie do wejścia do miejscowego baru na kawę, aby przy okazji
zasięgnąć języka. Czekałem około godziny czasu i za 4€ dojechałem do Burgos.
Pomimo, że byłem tu przed rokiem to za nic nie mogłem znaleźć Oficiny de
Turismo. Jedna z nich była nieczynna, stąd problem. Mając mapę miasta mogłem
określić azymut marszu do zaplanowanych do zwiedzenia obiektów. Przedtem
wstąpiłem do znanej na całym świecie katedry.
 |
Gotycka katedra Św. Marii w Burgos |
W czasie marszu dołączył do mnie
miejscowy człowiek i rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Był on fanem Realu i nie
lubił Barcelony. Po przekroczeniu średniowiecznych murów wyczułem, że
przestawiłem nieco kierunki i musiałem z powrotem wrócić do centrum. Po drodze
przed pomnikiem El Cyda pani nauczycielka wkładała dzieciom do głowy wiedzę o
tym dzielnym rycerzu. Monasterio de la
Cartuja de Miraflores znajduje się na wschód od osiedli miejskich. Od katedry,
aby tam dojść musiałem pokonać około 3km. Po drodze mijałem powracające do
miasta klasy szkolne pod opieką zakonnika i zakonnic, którzy odmawiali
różaniec. Konserwatywne Burgos broni się jeszcze przed islamizacją i
zblazowaniem młodzieży. Wejścia pilnował życzliwy policjant, który dał mi bilet
za zaledwie 1€, co wystarczyło, aby poruszać się po całym obiekcie.
Architektura klasztoru jest późnogotycka, ale wnętrze zadziwia subtelnością
wykonania. Pobyt tu umilają sączące się śpiewy w wykonaniu kartuzów. Misterność
wykonania grobów królewskich i wspaniałe obrazy występujące w tryptykach to
miód dla oczu i duszy. Znajduje się tu również stała wystawa naczyń
liturgicznych i rzeźb, które świadczą o kunszcie ówczesnych artystów, dla
których cała sztuka wyrażała boski porządek świata. Przy wyjściu zamyślony
ujrzanymi cudami o mało nie zwinąłem numerka od bagażu. Stąd
miałem 8km do Monasterio de San Pedro de Cardenia.
 |
Monasterio de la Cartuja de Miraflores |
Całą trasę pokonałem lokalną drogą
asfaltową. Kilometr od klasztoru podziwiałem jego zabudowania położone w
niewielkiej dolinie. Miałem pecha, bo było południe, a klasztor otwierano o
godzinie 16.00. Jedynie z zewnątrz mogłem podziwiać zabytek liczący ponad
tysiąc lat. Ziemia, po której stąpałem nasiąknięta jest krwią męczenników, ponieważ
w X i XI wieku Arabowie wymordowali tutejszych mnichów. Stąd wyruszał na wyzwalanie
Hiszpanii spod buta islamu słynny El Cid. Tutaj pochowano jego prochy wraz z
żoną Jimeną, a nawet przed bramą klasztoru zakopano jego rumaka. Są tu
średniowieczne groby władców Kastylii. W dawnych wiekach ziemia wokół klasztoru
przybierała kolor krwi męczenników. Z powrotem chciałem wrócić polną drogą, ale
natknąłem się na bajoro i musiałem skręcić ku szosie.
 |
Monasterio de San Pedro de Cardenia(bud. od IXw.) |
Będąc już w Burgos
zapytałem policjantów o dworzec autobusowy, a on znajdował się tuż obok.
Wykupiłem bilet do Santander i udałem się na starówkę. W bocznej kaplicy
katedry natknąłem się na koreańską mszę. Było u nich widać żar wiary tak rzadko
spotykany w Europie, jedynie przekazywanie znaku pokoju wywołało u mnie lekkie
rozbawienie. Autobus do Santander jechał przez wspaniałe góry, ale na miejsce
dotarł o godz. 22.00 i to był mój błąd. Przy dworcu spotkałem studenta, który
był na Erasmusie w Polsce i z chęcią mi pomógł. Zaprowadził mnie do najtańszego
hostelu w mieście, ale obiekt był nieczynny. Chłopak umiał po Polsku jedynie
się przywitać. Widocznie największym efektem programu Erasmus są wesołe bobaski
i wymiana genów między krajami. Teraz musiałem znaleźć alberghe, a było już
ciemno. Zagadnąłem starszą kobietę, która od razu zaprowadziła mnie na miejsce.
Wszedłem do budynku i zacząłem pukać do drzwi. Czynność tą powtórzyłem kilka
razy, ale bez żadnego efektu. Mogłem głośno tłuc, za co mogła zgarnąć mnie
policja. Przepis przepisem i po 22.00 alberghe jest nieczynne. Wyciągnąłem
śpiwór i przespałem się na wycieraczce.
19
kwietnia Santander-Islares-Laredo
W ciągu nocy udało mi się skraść
godzinę, może półtorej snu. Czuwała nad tym maszyna do czyszczenia ulic, która
przejeżdżała regularnie, co 20 minut robiła niesamowity hałas. Skoro świt
spakowałem plecak i udałem się na Estacion
de Autobus. Postanowiłem dojechać na trasę Camino de Norte, ale autobus do Islares
miałem dopiero o 10.15. Dworzec był pustawy, a ja walczyłem ze snem. Skutecznie
pomogła mi w tym młoda Hinduska, która chciała abym dla niej i jej babci
wykupił bilet w automacie, a ja nie miałem zielonego pojęcia. Po otwarciu baru
ratowałem się kawą, ale najlepszym sposobem było wyjście na zewnątrz i
podziwianie wschodu słońca nad Zatoką Santander.
 |
Wschód Słońca nad Zatoką Santander |
Odwiedziłem rowerzystę, który
budził się ze snu, a towarzyszył mu śpiący bezdomny na sąsiedniej ławce. Widocznie
razem raźniej spędzić noc. Czekałem na otwarcie Oficyny de Turismo, gdzie uczynna dziewczyna podarowała mi mapę
Kantabrii z zaznaczonym szlakiem camino. Autobus zajeżdżał do wszystkich
miejscowości na trasie, przez co podróż na krótkim dystansie trwała półtorej
godziny. Ja walczyłem z opadającymi powiekami i głową, a w pewnym momencie
zerwałem się z siedzenia myśląc, że przejechałem Islares, ale kierowca mnie
uspokoił.
 |
Świat w krzywym zwierciadle |
Wysiadłem i ruszyłem na szlak, a tu po pięciu minutach słyszę rozmowy
po polsku. Okazało się, że dwie młode pary wybrały się do Santiago. Pięć minut
porozmawiałem z jedną prą, później pięć minut z drugą parą i ich zostawiłem.
Jedną z dziewczyn zainteresowała moja muszelka i ostatecznie mieliśmy spotkać
się w Santander. Zatrzymałem się przy pierwszym sklepie, aby zakupić napoje,
owoce i coś treściwego.
 |
Miejsce, gdzie mógłbym zamieszkać |
W tym czasie Polacy mnie wyprzedzili, ale po pół
godzinie marszu znowu ich minąłem, gdy odpoczywali. Po drodze obszedłem na
wzgórku potężny Kościół otoczony gęstwiną drzew i trochę zaniedbany. Mijałem
również małego Ermitę, przy którym tak jak przy wszystkich małych Kościółkach
najlepiej lubię się modlić. Zawsze zastanawia mnie, dlaczego kiedyś ludzie
budowali te małe Kościoły w osobliwych miejscach. Szlak prowadził po wertepach,
ale również po ruchliwych drogach. Raz dochodziłem do takiej drogi, a tu jak
spod ziemi wyrosła dziewczyna z Walencji, na widok, której przeszły po mnie
dreszcze. Nie miała ona już sił iść szlakiem, tylko podążała najkrótszą drogą.
Przechodziłem również obok alberghe na łące, ale miałem jeszcze dość sił, aby
iść dalej.
 |
Szczęśliwa rodzina |
 |
Biały koń na wolności |
Dogoniłem również Włoszkę Marię z Rzymu, która szła bardzo ciężko i
po krótkiej rozmowie zostawiłem ją. Przed Laredo zaczęło kropić, dlatego nie
zwracałem już uwagi na ciekawe widoki, tylko maszerowałem przed siebie.
Wchodząc do miasteczka był drogowskaz do schroniska i bez wahania podążyłem za
nim. Noclegu za 10€ udzielały siostry klaryski. Siostra przełożona za
pozwoleniem zrobiła mi zdjęcie i umieściła mnie w pokoju, gdzie już nocował
Marius student fizyki z Hesji. Zobowiązaliśmy się wziąć udział w wieczornej
mszy świętej.
 |
Celtyckie runy |
Wśród sióstr zakonnych trzy z nich to żywe Indianki z Andów. Co
ciekawe Marius przystąpił do komunii świętej, co było dla mnie nowością wśród
młodych Niemców. Po mszy Indianki miały odwiedziny krewnych, którzy widocznie w
Laredo mieszkali. Młody grzeczny Niemiec poczęstował nawet mnie kolacją, wot
ładny gest.
20
kwietnia Laredo-Santona-Guemes
Rano czekało na nas przygotowane
przez siostry śniadanie. Składało się ono z kawy, kakao, ciasta i ciasteczek. Spożywało
desayuno jeszcze dwóch starszych Francuzów o charakterystycznym wyglądzie.
Takie twarze pamięta się bardzo długo. Lał deszcz i w czasie zakładania
peleryny wyszedł Marius i podążałem za nim. Ciągle wyjmował przewodnik, który
doszczętnie był zmoczony.
 |
Przeprawa przez Atlantyk |
Po pewnym czasie odłączyłem się od niego, bo chciałem
płynąć promem. Zagadnąłem przypadkowego autochtona o prom, a on stwierdził, że
prom kursuje tylko latem. Załamany zawróciłem, ale zaraz nadszedł z plecakiem
potężny Hiszpan, który powiedział, że popłyniemy El barko. Na plaży schowaliśmy się pod dom na palach, gdzie deszcz
nie mógł nas dosięgnąć. Po niedługim czasie podpłynęła jakaś łupina, która
wyrzuciła na plażę trap i jegomość w deszczówce zaprosił nas do siebie. Ta
niewielka łódka mogła naraz zabrać maksimum sześć osób i za 2€ pokonałem
Atlantyk. Po drugiej stronie oceanu jest sympatyczne miasteczko Santonia.
 |
Plaża widziana z klifu |
Deszcz przestał już tu robić krzywdę i wstąpiły we mnie nowe siły. Na rynku
obok banku trzy panie spożywały kawę i ciasteczka. Poprosiłem jedną z nich o
pomoc i pobrałem pieniądze z bankomatu na dalszą część podróży. Na śniadanie
wstąpiłem do tawerny, a ceny były tu całkowicie normalne. Następnie szlak
zaprowadził mnie na plaże, z której podziwiałem wysoki klif. Okazało się trzeba
tam wejść, a po deszczu buty zjeżdżały po glinie i skałach. Ran nie odniosłem,
ale w glinie się umazałem i upadłem na prawą rękę. Dalej była kolejna plaża, na
której znajdowały się czarne skały przypominające pumeks. Niespodziewanym
problemem było zrobienie zdjęcia na tle oceanu. Wizjer na tle ruchomej wody i
nieba dziwnie się zachowywał i starsze osoby nie były wstanie nic zobaczyć.
Dopiero przemoczony rybak, który wyskoczył z łodzi nacisnął spust i po
wszystkim.
 |
Dziwne skały na plaży |
Spacerując plażą zaszedłem do miejscowości Noja. Było tu niewielkie
targowisko, ale wszystko było drogie. Koniecznie chciałem wstąpić do sklepu w
celu uzupełnienia napojów, a tu jak na złość żadnego sklepu. Uratowały mnie
dziko rosnące cytryny, które bez problemu zjadłem. Po drodze przytrafił się i
sklep na skraju wioski. Rejon ten charakteryzował się chowem bydła, bo wszędzie
dominowały krowy. Czterysta metrów od szlaku znajdował się Kościół romański. Jest
on bardzo dobrze zachowany, szczególnie okienne portale. Przetrwały nawet pod
okapem rzeźby głów zwierząt, gdzie każde z nich coś symbolizuje. Na murku przy
cmentarzu siedział starszy człowiek i coś rozpamiętywał. Być może pochował tu
żonę, a nawet inne bliskie osoby.
 |
Targowisko w Noja |
Zamieniłem z nim kilka słów, ale nie byłem
wstanie zmienić jego smutnego oblicza. Po pół godzinie dalszego marszu
spotkałem parę niosącą baniaki z wodą. Byli to wolontariusze z alberghe. Wesoła
gadatliwa dziewczyna mile mnie przywitała i powiedziała kilka słów po polsku. Schronisko
w Guemes to centrum wolontariatu na Camino del Norte. Jest to duży zespół
zabudowań prowadzony, aż przez cztery osoby. Miejsce to przekazał skromny
chłop, który zwiedził świat i organizował marsze na Picos de Europa w ramach
protestu przeciwko rządom caudillo.

 |
Romański Kościół Santa Maria de Bareyo z dobrze zachowaną symboliką |
Razem ze mną nocowało kilkoro turystów.
Dużo uwagi zwracała na siebie młoda Argentynka pełna energii, której nie
zamykał się język i owinęła wokół swojego palca młodego Holendra. Nocowała tu
również wysoka Niemka, dwóch Włochów, Kanadyjczyków i Francuzów. Na koniec w
czasie kolacji resztkami sił dotarła poznana wcześniej dziewczyna z Walencji i
nocowała w moim pokoju. Alberghe to jest bardzo dobrze wyposażone, bo posiada
oprócz pralni, nawet bibliotekę i izbę pamięci. Zauważyłem, że po posiłku nie
wszyscy wrzucali donativo. Nocowało nas dwoje w pokoju, dlatego długo nie
mogłem zasnąć
21
kwietnia Guemes-Santander
 |
Alberghe w Guemes
|
Rano było przygotowane śniadanie,
które spożywaliśmy przy muzyce Vivaldiego, ale para argentyńsko-holenderska i
Niemka mocno jeszcze spali. Zauważyłem, że jeden z Włochów wychodził z
minimalnym bagażem na szlak, czyli musiał posiadać wysokiej jakości ubranie i
zapewne gruby portfel. Posilony duchowo muzyką raźno ruszyłem przed siebie. Po
niecałej godzinie spaceru przy niewielkim deszczu doszedłem do plaży. Tutaj
znowu czekała mnie wspinaczka na klif, gdzie na śliskiej stromej ścieżce
musiałem przytrzymywać się kolczastych krzewów.
 |
Tęcza nad Santander |
Camino prowadziło nad stromym
brzegiem oceanicznym, z ciągłym widokiem na błękitną dal. Obok pasły się
zwierzęta domowe, które musiały być odporne na stres, bo inaczej w popłochu pozabijałyby
się. Na plażach młodzież szkolna była ćwiczona w surfowaniu po falach. Po
ustaniu deszczu pojawiła się zorza nad oddalonym Santander. W końcu zszedłem i
ja na plażę. Spacerowało na niej wiele osób, zapewne przybyłych z Santander.
Jedna pani prowadziła siedmiu piesków, a jeden z nich strasznie lubił chlustać
się w oceanie. Po piasku galopowało nawet czterech jeźdźców Apokalipsy na
rumakach.
 |
Jeźdźcy Apokalipsy |
Szedłem tak sobie nieświadomie kilka kilometrów myśląc, że na końcu
będzie prom, a tu nic z tego. Z błogiej nieświadomości wyrwał mnie rowerzysta
na specjalnym piaskowym rowerze, który wskazał mi właściwy azymut, chociaż już
widziałem dokładne zarysy Santander. Nieduży stateczek pasażerski miałem bez
żadnego czkania i za 2,75€ dopłynąłem do tego dużego miasta. Wiedziałem gdzie
jest schronisko i od razu tam się udałem, ale przybyłem 15 minut za wcześnie i
pani wzięła plecak, a ja poszedłem na miasto. Poza katedrą nie posiada ono zabytków, ponieważ dwa przypadkowe pożary w 1983 i 1941r spaliły całą starówkę. W podziemiach katedry znajdują się groby świętych męczenników Emeteria i Celedonia - rzymskich żołnierzy ściętych za wyznawanie wiary chrześcijańskiej. Zrobiłem zakupy i udałem się na
drzemkę.
 |
Kolarstwo plażowe |
Leżałem, a tu słyszę polską mowę. Dwóch polskich pielgrzymów
przemierzało szlak, w tym jeden ksiądz, który narzekał, że wszystkie Kościoły
są tu zamknięte, a w jedynym otwartym załączył się alarm. Drugi pielgrzym źle
dobrał buty i jego losu mu nie zazdroszczę. Później nadeszła jeszcze czwórka Polaków,
których spotkałem wcześniej. Oni natomiast mieli problemy z odciskami lub
obtarciami nóg, dlatego zostawiłem im opatrunek a jednej z dziewczyn
podarowałem muszelkę pielgrzyma, bo podobne już posiadam. Trzynastowiecznej
katedry pilnował strażnik, ale mnie bez problemu wpuścił na popołudniową mszę
świętą. Alberghe posiada kuchnię, w której udało mi się coś na wieczór
ugotować.
22
kwietnia i powrót Santander-Madryt-Warszawa
Ostatniego dnia postanowiłem
zostać w Santander i wieczorem udać się do Madrytu. Był to mój błąd, bo
powinienem ruszyć na trasę i wrócić busem, ale bałem się niemiłych
niespodzianek.
 |
Katedra Najświętszej Marii Panny z 1230r. w Santander |
Rankiem w alberghe zostało nas siedmioro, sami Polacy. Rodaków
tu było więcej niż spotkanych łącznie przez wszystkie lata, jakie spędziłem na
camino. Samo miasto nie robi większego wrażenia. Kościoły poukrywane są wśród
bloków i z daleka niewidoczne. W mieście mieszka duża kolonia przybyszów z
Ameryki Łacińskiej. Trafiłem na ulicę, gdzie wszystkie sklepy były obsługiwane
przez Meksykanów, a i ceny były niższe. Nie miałem ochoty zagłębiać się w
dalsze dzielnice, tylko spacerowałem wzdłuż zatoki.
 |
Caminowe dziadki z Toronto |
W słynnym Muzeum Morskim
bilet był po 8€ i zrezygnowałem ze wstępu, chociaż miałem tu okazję zobaczyć
żywe rekiny. Pani w Muzeum Prehistorii i Archeologii poszła mi na rękę i
zamiast 5€ wszedłem za 2€. Zaskoczyła mnie jego nowoczesność. Zastosowano tu
najnowsze rozwiązania techniczne. Wszystko można było zobaczyć na dotyk, a salki
multimedialne posiadały miękkie fotele. Często zachodziłem na dworzec
autobusowy i pod schronisko licząc, że spotkam Nadine, ale nadzieja umiera
ostatnia. Na dworcu zaskoczyło mnie ciekawe rozwiązanie urządzeń higienicznych,
ponieważ moje ciało nie musiało dotykać deski klozetowej.
 |
W Santander Kościoły ukryte są między blokami |
Za 31,68€ nabyłem
bilet do Madrytu na 18.30. Na miejsce autobus zajechał już po 23.00. Metro
kursowało rzadziej i na lotnisku znalazłem się po północy. Wyciągnąłem śpiwór i
kradłem sen. Kilka metrów ode mnie zrobiło to samo pięć dziewcząt,
prawdopodobnie z Izraela. Odprawa pomimo obaw przebiegła bez problemu.
Niestety, ale samolot przy lądowaniu w Warszawie znowu wyczyniał jakieś cuda.
 |
Seks na camino |